niedziela, 1 września 2019

2. All those chandeliers of hope.


Jakie są granice ludzkiego poznania? I czy my je definiujemy czy raczej to jakaś zewnętrzna siła nas ogranicza? Wolimy kochać czy być kochani? A może zawisnąć gdzieś, gdzie w ogóle nie ma miejsca na miłość? Lubimy prostotę czy awangardę, potocznie nazywaną, w zależności od klimatu kiczem bądź sztuką?
  Łatwe pytania, nieprawdaż? Łatwe, krótkie, pozornie retoryczne i... Bez odpowiedzi.

  W jednym z amerykańskich seriali matka głównej bohaterki choruje na Alzheimera. Najpierw nie pamięta gdzie położyła kluczyki, potem zapomina zgasić kuchenkę, wywołując mały pożar... Na koniec wreszcie ląduje w domu opieki nie poznając własnej rodziny. I może w kontekście całej fabuły, wszystkich romansów, wypadków i rozstań, nie jest to zbyt istotny wątek... Ale pewien drobny szczegół zapada w pamięć. Tuż przed totalną utratą tożsamości kobieta zapisuje na karteczce, aby przypomnieć córce żeby nigdy... Trzy kropki. Niedokończone zdanie. I amen.
  Już po śmierci matki, w siódmym czy tam dziesiątym sezonie, dziewczyna znajduje karteczkę i próbuje domyślić się czego tak naprawdę miała nie robić. I okazuje się, że nigdy jest definicją nieskończoności. Bo przecież mogło chodzić o pierdołę. O pozostawianie na stole brudnych naczyń czy niedomkniętą szafkę w łazience. A mogło o coś dużo ważniejszego.
  Nigdy się nie zakochuj? Banalne, ale chyba każdy z nas miał w życiu moment, w którym widział w tym powiedzeniu dużo mądrości. Bo żaden planujący od deski do deski swoją codzienność człowiek nie lubi przypadków. Gdy tymczasem miłość to jeden wielki przypadek. Poznajemy kogoś tylko dlatego, że wybraliśmy to a nie inne miasto studiów. Że spóźnił się nam autobus. Że koleżanka zaciągnęła nas na imprezę, której z całych sił staraliśmy się uniknąć. I tracimy miłość także przypadkiem. Przez jeden błąd, jedno – często w dobrej wierze – wypowiedziane słowo.
  Nigdy nie kłam? No dobrze. Tylko w takim razie pozostaje pytanie czym jest prawda? Mamy prawdy subiektywne i obiektywne. Całe prawdy, półprawdy i gówno prawdy. Prawdy trwałe i chwilowe.
  Czy przy tak wielkim morzu da się nie dokonać podziału? Raczej nie. Zbyt wiele siedzi w naszym ciele narządów selekcyjnych. Rozum, serce, sumienie, wygoda... Nawet gdy któryś z nich uda nam się po wielu próbach i błędach stłamsić, zaraz odzywa się kolejny. A po nim następny.
  Prawda często znaczy żegnaj. Żegnaj marzenie. Żegnaj ukochana osobo. Żegnaj planie na przyszłość. Czasem nawet w mniej lub bardziej tragicznym tego słowa znaczeniu musimy pożegnać samych siebie.
  A któż kocha pożegnania? Właśnie. Odpowiedź na to pytanie sprawia, iż kłamstwo wcale nie okazuje się jednoznaczne moralnie.
  Nigdy się nie poddawaj? Całkiem fajne motto motywacyjne. Możesz się czołgać, przeklinać, majaczyć, zaklejać świeże rany papierem śniadaniowym, w który co najwyżej powinno się pakować szkolne kanapki... Ale nigdy się nie kładź z zamkniętymi oczami. W końcu z jakiegoś powodu, ludzi w stanie krytycznym, czekających na przyjazd pogotowia, błaga się tylko o jedno. Żeby nie zasypiali. I czy to tylko idiotyczna, egoistyczna prośba bliskich, oczyma wyobraźni już widzących tragiczny scenariusz, wymagający od nich nauki obłaskawiania okrutnej samotności? Czy może naprawdę wola życia ma moc sprawczą i zgodnie z banalnym przysłowiem chęci wystarczą aby dojść na szczyt?
  Szkoda tylko, że równocześnie istnieje też drugie powiedzonko. Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I jak tu znaleźć złoty środek?
  Cóż. Życie to naprawdę coś na kształt zamku z piasku – w tym stwierdzeniu nie ma ani deka typowego dla literatury patosu. Wystarczy jeden podmuch i każde ziarenko, z których miliona się składamy, wiatr porywa w innym kierunku. Ale zarazem... Przecież można zbudować sobie na plaży twierdzę z metalu. Przynieść jakieś stare odłamki wszystkiego co twarde, żelazne i stabilne. Można nawet otoczyć konstrukcje resztkami chroniących wydmy drutów kolczastych, żeby naszego wysiłku nie zniszczył czyjś, nielegalnie spuszczony ze smyczy psiak. Ale czy to będzie piękne? Czy wzbudzi w przechodniach chęć przystania na chwilę w miejscu i zastanowienia się nad delikatnością świata? Nie. Taki zamek, choć trwały wyda się co najwyżej zwykłym śmieciem. Czymś powtarzalnym, co można znaleźć w kuble pod własnym blokiem i po co nie trzeba się udawać na długie, obfitujące w ból stóp nadmorskie wędrówki.
  I pewnie tak samo jest z nami, choć w naszym przypadku ryzyko niesie ze sobą o wiele poważniejsze konsekwencje niż zawalenie się kilku majestatycznych wieżyczek. Bo jaki sukces stanowiłyby wszelkie nasze życiowe tryumfy, gdyby nie istniała możliwość porażki? Czy czulibyśmy wewnętrzną moc podążając na przód, bez świadomości, że w każdym momencie musimy się liczyć z potencjalnym wycofaniem lub upadkiem? No właśnie. Nie sztuką byłoby się nie bać będąc nieśmiertelnym.
  I paradoksalnie... Przecież to zdanie na serialowej karteczce wcale nie musiało być niedokończone. Może wyraz nigdy i znak zapytania są po prostu jak alfa i omega, albo z bardziej codziennych przykładów jak nóż i widelec? I może używanie słowa nigdy to po prostu zwyczajny synonim braku pokory?
Nigdy się nie odnajdę. Nigdy nie będę szczęśliwy. Już nie.

Proszę bardzo. Myśl tak sobie. Grasz w końcu główną rolę w spektaklu swojego życia. Ale to nie Ty, a o wiele większa, bliżej nieokreślona siła  reżyseruje ów spektakl. I jest reżyserem bardzo miłosiernym. Często wybacza potknięcia, zapomnienie ważnych kwestii, czy nawet totalną samowolkę i tworzenie scen totalnie odbiegających od pięknego, kształtnego scenariusza.
  Ale nigdy nie wybaczy jednego. Zejścia ze sceny.

~~***~~
Kwiecień 2019

Pokój świecił idealnymi pustkami, choć raczej bardziej niż idealnymi pasowałoby tu słówko sterylnymi. Na ścianie wisiało nieco wyblakłe, aczkolwiek perfekcyjne wypolerowane lustro, drewniane łóżko charakterystycznie skrzypiało, a zza niedbale zasuniętych zasłon uśmiechał się do niego zielony las. Półki wypełnione były tonami pożółkłych książek o zdecydowanie zbyt mądrych tytułach, a wanna choć wyjątkowo nowoczesna i niedopasowana do z lekka średniowiecznego klimatu, wcale nie wzbudzała w nim chęci wzięcia gorącej, kojącej kąpieli. Generalnie to miejsce wcale nie wyglądało na hotel, którym rzekomo było, tylko na jakiś podstarzały majestatyczny zamek. Albo jeszcze lepiej - klasztor. Uwaga, uwaga, hit roku - Andreas Wellinger w klasztorze.
  Przez ostatnie pięć dni naprawdę spał. A w zasadzie, żeby nie mijać się zbytnio z prawdą - tylko i wyłącznie spał. Chyba nastał ten moment, w którym jego ciało zupełnie już przejęło kontrolę nad wszystkim co definiuje osobowość. I nie miało znaczenia, że czuł się podle czy że zapędził się, po raz kolejny, w przysłowiowy kozi róg. Udało mu się totalnie wyłączyć myślenie i wbrew pozorom był za to własnemu mózgowi, w którego istnienie skąd inąd coraz częściej wątpił, bezgranicznie wdzięczny. Ot co. Organizm potrzebował się wyłączyć i wygrał. Śniły mu się owszem koszmary, ale nie potrafiły już sprawić, że budził się z krzykiem.
 Cóż. Ostatni miesiąc, a w zasadzie cały ostatni rok był tłamszonym przykrywką idealności skutkiem czegoś, co zdarzyło się wiele lat wcześniej. Ale chyba w kontekście rozrachunku z samym sobą nie mógł zupełnie go pomijać, więc po chwilowym fizycznym resecie musiał pozwolić by pojedyncze sceny wróciły do jego świadomości niczym zdjęcia wyświetlane na ścianie.
  Stos przypadków. Alkohol i cholerna policja, której otworzył drzwi na wpół przytomny i trzymający w dłoni stanik tej nieszczęsnej Angielki. Nieprzyjemne jaskrawe światło, brzęczącej niczym wściekła osa żarówki na komisariacie. Puste znudzone oczy funkcjonariusza, któremu nie potrafił podać nazwisk osób jadących tamtym autem. Starał się, ale naprawdę ich nie znał. Nie wiedział nawet jak nazywa się jego Mary na jedną noc, będąca swoją drogą w tak silnym stanie upojenia, że radiowóz musiał odstawić ją prosto do szpitala. Chryste, jaki mętlik.   
  Kręcąc głową wstał z łóżka, sięgnął po telefon aby wysłać Wankiemu niezgodną z prawdą wiadomość o treści ‘tak, zlazłem do bufetu i zjadłem śniadanie', po czym podszedł do lustra, głęboko się w nie wpatrując. Doprawdy szkoda, że było idealnie czyste i wypolerowane. Wolałby, aby znalazła się na nim choć jedna rysa zacierająca obraz.
  Podał wtedy policjantowi losowe dane osobowe, które jego pijackiej główce wydawały się prawdziwe. Łeb mu pękał, trzeźwiał i chciał się wykąpać, a nikt nie uświadomił go jeszcze, że całe upchane do auta towarzystwo zginęło, nie mając szans w alkoholowym zamroczeniu na wydostanie się z rzeki.
  Szkoda tylko, że w kilku przypadkach się pomylił, rzucając nazwiska ludzi, nie przebywających tamtego wieczoru w jego mieszkaniu. Jakieś biedne matki zbudzone wczesnym świtem przez stojących w drzwiach funkcjonariuszy, usłyszały przez niego, że ich dzieci nie żyją, podczas gdy one gdzieś sobie spokojnie spały. Inne zaś pogrążały się w codziennej, porannej rutynie, nawet nie przeczuwając, że stało się najgorsze. A może...
  Może wręcz na odwrót? Może gdy kocha się tak naprawdę i ponad wszystko, to nie da się ochronić przed jakąś niewidzialną lecz namacalną mocą, mówiącą nam, iż nasi najbliżsi cierpią czy odchodzą? Cóż. Musiałby się o to zapytać kogoś kto potrafił czuć.
  Słoneczne światło odbiło się od powierzchni lustra, delikatnie je ogrzewając. Wziął głęboki oddech, nabierając powietrza i chuchnął z całej siły w najbardziej mieniące się miejsce, po czym roztarł energicznie powstałą smugę. Na gładkiej połaci szkła wreszcie pojawiła się plama. Ale ta plama i tak nie wystarczała, żeby zasłonić jego twarz.
  Pewna dziewczyna, zawiedziona faktem bycia zabawką na jedną noc, nazwała go kiedyś idealnym produktem marketingowym, dodając że powinien nad sobą płakać zamiast debilnie się chichrać. I chyba miała rację bo wyjątkowo polubił ten cytat. Ulizane włoski, wyuczony błysk w oku, słodki uśmiech i urocza reklama czekolady czy innych napojów. Nawet teraz, po kilku dniach bez prysznica i praktycznie bez jedzenia, nie wyglądał tak do końca tragicznie. Na dobrą sprawę mógłby się umyć, wyprasować spodnie, ubrać ulubioną koszulę i ruszyć na miasto. I panny by na niego leciały jak zawsze, kompletnie nie zauważając, że coś jest nie tak.
  Ale... Dotarło do niego, iż potrzebował kogoś kto by zauważył. Zauważył cały ten gnój, bagno i mętlik. Potrzebował codziennie rano budzić się obok osoby, która rzucałaby mu na dzień dobry dosłowne nie pierdol Wellinger. Zarówno wtedy gdy wstawał w iście aktorskim humoru i pieprzył o tym jakim jest królem świata, jak i w te bardziej prawdziwe dnie, rozpoczynane przez niego czymś w stylu pretensjonalnego, krótkiego walić to życie.
  Jasne miał chłopaków. Ale oni byli niczym delikatny, kojący duszę deszczyk dobroci, podczas gdy on najwyraźniej potrzebował brutalnego gradobicia. I chyba... Chyba gdzieś w głębi duszy potrzebował też kobiety. Tak naprawdę, choć jednocześnie wiedział, że nigdy raczej nie zdecydowałby się na związek. Skończyłaby przy nim w wariatkowie, albo na cmentarzu.
  Mając dojść patrzenia samemu sobie w rozmazane oczy opuścił wzrok, przenosząc spojrzenie na swoje zwykle skrywane przed światem ręce... Na kolejny dowód na to jaka ludzka kondycja jest śmieszna. 
  Bo komu normalnemu wpadłoby do głowy żeby się ciąć? Chyba każdy, dosłownie każdy przyzwoity człowiek odparłby, że nikomu. Przecież to było takie, w gruncie rzeczy zabawne, robienie sobie krzywdy-niekrzywdy, jak przez większość życia myślał –  zarezerwowane dla szukających akceptacji gimnazjalistek, dla których blizny na przedramionach stanowiły ordery wojenne, świadczące o byciu trendy.
  Szkoda tylko, że mając osiemnaście lat sam się tak bawił. Bez sensu. Bo ani nie szło od tego umrzeć, ani stać się lepszym. Co najwyżej można było balansować pomiędzy desperackimi, niemymi krzykami o pomoc, a wmawianiem otoczeniu historii w stylu mam bardzo agresywnego kota. Jedno i drugie nie prowadziło do żadnego celu.
  Przejechał palcami po długim i szerokim wybrzuszeniu na nadgarstku. Dawno już się wygoiło, zarosło skórą i teraz, gdy znów był tak cholernie blady, nawet nie rzucało się w oczy. Ale skupił się na nim przez dłuższą chwilę. Bo stanowiło początek, a podobno nie da się dojść do końca, bez zrozumienia początku.
  Zrobił je sobie gdy wszystko dookoła jeszcze wydawało się piękne. Ludzie żyli w atmosferze szczęścia i uśmiechu, a Richie i Veronika chadzali sobie po świecie za ręce. I co? Liczył, że ta pozioma krecha zatrzyma spiralę nieszczęść i na niej się zakończy? Śmiechu warte, choć gdyby to było takie łatwe to zdecydowanie ciąłby się po dziś dzień. Albo walił pięścią o ścianę. Ale szczeniackie metody przenoszenia bólu z duszę na ciało wcale nie działały. Sprawiały tylko, że zamiast wziąć się w garść, obwiniał Bogu ducha winne osoby, za doprowadzanie go do nich. 
  Wydawało mu się, iż kocha laskę swojego kumpla. Stare jak świat i banalne niczym ukrojenie kromki chleba. A jednak po latach, tęskniąc po alkoholu za doświadczeniem tego, co pradawne księgi zwały prawdziwą miłością, zrozumiał iż sedno problemu tkwi w tym, że przecież on wcale jej nie kochał. To była obsesja. Zachcianka dzieciaka, przekonanego o własnej nieomylności i pokazującego, z rozkazującą minką palcem na wszystko na co ma ochotę. Dzieciaka, któremu później wybaczono jego zbrodnie, gdyż świat jest dużo lepszy niż głosi propaganda.
  Myślał, że się zmienił. Że dorósł, dostał nauczkę i wyszedł na prostą. No myślał. Ale czy serio uważał, iż wystarczy się smucić, marnować życie niczym jakiś durny, cierpiący Werter, zatruwać innym dupę i czasem wykorzystać swoją ładną buźkę w celu uzyskania kilku groszy na dom dziecka, żeby się ogarnąć i nabrać pokory? To było żenująco straszne, jednak odpowiedź brzmiała 'tak'. A tymczasem czym się różnił jego alkohol, imprezy i panienki od żyletek z przed lat? Czym patrzenie na głupawo spływającą na podłogę krew od zalewania kaca kolejnym piwem, może poza faktem, że nie namawiał nikogo do cięcia się razem z nim i nie przyczynił tym samym do wypadku, w którym zginęli ludzie.
  Dojrzewanie było pojęciem totalnie subiektywnym. Mogło faktycznie równać się wewnętrznej metamorfozie - cichej, subtelnej i nie na pokaz, ale widocznej po latach i niosącej prawdziwą ulgę otoczeniu. Aczkolwiek... Mogło też po prostu stanowić sprytny sposób na przemianę szczeniactwa z jawnego, w bardziej cwane i ukryte.
  I nie musiał chyba podsumowywać, która z tych dwóch opcji bardziej go definiowała. Nie musiał ale i tak to zrobił. Zrobił, bo w końcu słuchało go tylko to lustro. Lustro nie mające uczuć. Lustro, które nie mogło poczuć się współwinne, przesadnie zaczynając się o niego martwić. Lustro uwidaczniające każdy, nawet najmniejszy pyłek. Najlepszy spowiednik na świecie.
  Obciągnął przepoconą koszulkę, zakrywając żałosne szramy i wrócił myślami do czasów bieżących.
  Oczywiście, że z tego komisariatu odebrali go chłopcy. Przerażeni, chcący się tylko upewnić, iż nic mu nie jest i wściekli na siebie (szczególnie w przypadku Wanka) za pozostawienie go bez kontroli. Cóż. Z trudem go stamtąd wywlekli. Wyglądał paskudnie. Zgrzytał zębami, trzeźwiał i przepraszał. Nie do końca wiadomo kogo i za co.
  I oczywiście, że to chłopcy na zmianę chodzili z nim na pogrzeby tych wszystkich ludzi z samochodu, choć przecież wystarczająco doświadczyło ich już w życiu słowo pogrzeb. Przeszli przez niezły grobowy maraton, a on serio gdzieś w połowie zaczął się czuć niczym jakiś pierdolony anioł śmierci. Ale chyba wreszcie dotarło do niego, że doprawdy jego samopoczucie miało tu najmniejsze znaczenie.
  Bawił się z tymi ofiarami. Miesiącami. Ale tak naprawdę poznawał je dopiero słuchając wspomnień podczas pożegnalnych ceremonii. Patrzył na fotografie stojące na trumnach. I co widział? Twarze. Uśmiechnięte, szczęśliwe, lekko zmieszane. Twarze z pieprzykami, opaskami we włosach, aparatami na zębach... Twarze, z których każda była inna, wyłaniając się z bezkresnego, imprezowego ciągu banałów i podobieństw. Ktoś studiował ambitny kierunek, ktoś pięknie grał na flecie, kolejna osoba skakała ze spadochronem, jeszcze następna jeździła konno... Wszyscy mieli rodziny, rodzeństwo, babcie, dziadków, przyjaciół z dzieciństwa, może byli w kimś skrycie zakochani... A on dopiero na pogrzebach zauważał detaliki, które odbierały im wyniesioną z klubów nocnych anonimowość. Detaliki choćby tak nieistotne jak ulubiony pluszak czy samolot z klocków lego położony na mogile.
  Oczywiście, myślał na tyle trzeźwo, żeby wiedzieć iż tym razem to nie była tak dosłownie jego wina. Nie ładował nikogo po pijaku do zapchanego auta, zaparkowanego nieopodal niesłynącego szczególnie z bezpieczeństwa mostu. Nie kierował tego auta, i nawet w gruncie rzeczy w nim nie siedział. W dodatku chciał przecież wezwać im te pierdolone taksówki. Ale może... Może czasem warto było zapytać drugiego człowieka jak się czuje, zamiast stawiać przed nim kolejne butelki ekskluzywnej wódki? Może zwykłe codzienne gesty i uśmiechy, przywracały wiarę w ten świat? Może mogły wystarczyć, aby choć na moment zahamować w kimś dążenie do śmiercionośnego poziomu adrenaliny we krwi?
  Przecież dobrze wiedział, że sam ciągle żył tylko dzięki takiej banalnej, rutynowej dobroci.
  Jeszcze raz wtopił wzrok w lustro, zupełnie jakby szkło miało w pewnym momencie przemówić do niego kojącym głosem. Takie gapienie zdało mu się nagle najlepszą sesją terapeutyczną na jaką zdarzyło mu się trafić.
  Aż przez moment pozazdrościł kobietom długich włosów, tak często przeklinanych przez nie podczas porannej krzątaniny. Dzięki uciążliwym minutom spędzanym na rozczesywaniu wszystkich loków i innych kołtunów, mogły one częściej gapić się na siebie. Częściej mierzyć z tym ciężkim, zachęcającym do refleksji, spojrzeniem po drugiej stronie.
  A podsumowując... Seryjne pogrzeby oddawały zmarłym tożsamość, ale jednocześnie w pewnym momencie zlały się już w swoiście bolesną całość, z której dało się wyłapywać coraz mniej. Pamiętał jednak wyraźnie, że na którymś z nich, osaczony przez ponurą muzykę i zdruzgotanych istnieniem śmierci krewnych, zechciał się po prostu za tych ludzi pomodlić. Bo zarówno myśląc o nich jak i całkiem egoistycznie... Łatwiej mu było wierzyć, że są teraz w jakimś pięknym, kolorowym miejscu, z którego nie da się już bezsensownie, nagle i bez pożegnania zniknąć. Oni i Vera, gdyż często miał wrażenie, że historyjki o mamie robiącej sobie, na ogromnej łące, wianki ze słoneczników, opowiadane przez chłopaków małej Mel na dobranoc, gdy była z nimi na zgrupowaniach, koiły bardziej jego samego niż dziewczynkę.
  W każdym razie zamknął na chwilę oczy, ukląkł na zimnej, kamiennej posadzce, wziął trzy głębokie wdechy... I po prostu coś go zatkało. Lub jeśli ktoś wolał to przygniotło. Więc podniósł głowę, kręcąc nią na boki niczym na wpół  sparaliżowany, po czym wytłumaczył przypatrującemu mu się bacznie Wankiemu, że chciał się pomodlić, ale za cholerę nie kojarzy jak to robiło.
  Wanki oczywiście, w typowo swoim stylu, zamiast stosownie do nastroju pokiwać głową w milczeniu, zaczął mu tłumaczyć, że modlić można się zawsze gdy się tego potrzebuje, zarówno w ważnych sprawach, jak i idąc do Lidla i błagając, żeby ktoś nie wykupił Ci sprzed nosa batatów, które są przecież dużo smaczniejsze, słodsze i zdrowsze od zwykłego, prymitywnego kartofla. Z tym, że przecież on nie był dobrodusznym wielkoludem o złotym sercu, który na pogrzebie potrafił bez najmniejszej chęci kpiny i z głębi serca wyskoczyć z porównywaniem gatunków ziemniaków. Rozdygotał się cały i nie potrafił nawet skupić myśli na tyle by wypowiedzieć jakiś kilku wyuczonych w dzieciństwie formułek. Trafił go fakt, że ostatnim dniem, w którym próbował się modlić, był ten, w którym omal nie posłał Richiego na drugi, lepszy świat. A tamtego momentu wolał nie wspominać.
  W końcu w zastępstwie wszelkich litanii, zapalili po prostu długi rząd świeczek przed małym, bocznym ołtarzykiem w kaplicy. I to było kojące. Ogień był kojący, mimo iż do tej pory jego główne skojarzenie z ciepłym żarem, stanowił walący się Paryż, gruzy i tego typu metafory.
  Zwyczajnie poczuł, że ów płomień wie co ma zrobić. Wie, że został przed wiekami stworzony aby topić lód, odganiać dzikie bestie i chronić ludzi przed zamarznięciem.
Poczuł, że mała iskierka ciepła wyraża więcej niż tysiąc słów.
I poczuł się odrobinę lepiej.

Przez następne tygodnie starał się po prostu nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Wyglądał jak człowiek, wstawał o normalnej, ani zbyt wczesnej ani zbyt później porze i proponował wszystkim herbatę.
  Ale nawet to dziwiło ludzi, sprawiając wrażenie czegoś totalnie wyreżyserowanego. Bo gdy za bardzo oddalimy się od świata to rzeczy normalne zwyczajnie robią się sztuczne, co przecież jednocześnie wcale nie przeczy faktowi, mówiącemu iż nie ma lepszej drogi ucieczki od fałszu, niż właśnie normalność.
Popierdolone błędne koło.
  Minionej środy zachód słońca był cholernie niezwykły. Róż na niebie mieszał się z fioletem i błękitem, tworząc mieszankę wszystkich żywiołów. Wody, ognia i powietrza, które oplatały ziemię, nawzajem się wspomagając i trzymając ją w ryzach.
  Siedzieli z chłopakami na kuchennej podłodze, pijąc tą jego feralną altruistyczną herbatkę, a magiczny widok zza okna zakłócał tylko Wanki, narzekający na człowieka, który przed wiekami odkrył cynamon.
  Andreas gapił się w swoją szklankę, dociskał plaster pomarańczy do jej dna, zupełnie jak gdyby nagle mógł z niego wytrysnąć jakiś magiczny strumień witalnych sił i starał się uczestniczyć w banalnej dyskusji. Nagle jednak pod wpływem barw na horyzoncie rzucił, że najchętniej wsiadłby w pierwszy lepszy samochód i pojechał w ich kierunku. I o dziwo jego pomysł został z miejsca podchwycony. Bez zbędnych słów całe towarzystwo załadowało się do auta, żeby podziwiać ducha natury czy też poprawić mu humor. Albo jeśli ktoś wolał po prostu żeby namarnować benzyny.
  Nastrój zrobił się dziwnie podniosły i tym razem nie tylko on zachowywał się nienaturalnie. Nikt nie odpalił radia, nikt (czytaj Severin) nie truł stadku o szkodliwych pestycydach odkrytych w ogórkach, nikt (łamane przez Wanki) nie próbował rekomendować reszcie tureckich seriali... Po prostu chłonęli ciszę i delikatny warkot silnika, przerywany jedynie przez ciche kasłanie freundowej córeczki, którą zabrali ze sobą, mając się nią opiekować. Swoją drogą pewnie Sev musiał za tą eskapadę z chorym niemowlakiem dostać potem niezły opieprz od żony.
  Mała generalnie była najwyraźniej kiepskiego zdrowia. Miała od urodzenia jakiś problem z migdałkami. Albo z nosem. Albo zwyczajnie z zaawansowaną alergią na wszystko co możliwe. Dotarło do niego, że nie wiedział i... To chyba stanowiło dużo dobitniejszy symbol upadku, niż zaliczanie panienek w klubach. Bo brak dostrzegania głębi w ludziach, z którymi imprezował okazywał się jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Wolał nawet nie zastanawiać się kiedy ostatnio zadał któremuś z przyjaciół pytanie w stylu 'jak się masz, co tam w domu, jak Ci minął dzień'. A przecież oni też borykali się z życiem.
  Wanki ciągle bezskutecznie szukał dziewczyny, cały swój niespożytkowany instynkt tacierzyński (lub jak woleli mówić po prostu macierzyński), przelewając na córeczki chłopaków. Nie żalił się, robił z ochotą za najlepszego wujka świata ale widać było, że coraz bardziej irytuje go ten brak własnego pola do okazywania uczuć.
  Sev z kolei naprawdę został głową rodziny, zamieniając ulubioną wannę na tą plastikową i dziecięcą, przeznaczoną dla osesków. Ciągłe kontuzje posypały mu karierę, więc zaczął wyznaczać sobie w życiu nowe cele. Ale czy to mogło nie wiązać się z tęsknotą? Na powyższe pytanie Wellinger potrafił chyba z miejsca udzielić odpowiedzi. Ich sport był pewnego rodzaju magią, wypełniającą codzienność. Magią pasji, której nie dało się tak po prostu porzucić bez bólu.
  Sam pod wpływem marnego niespełna miesiąca trzeźwości ciała i umysłu, zaczynał zauważać jak bardzo brakuje mu tego codziennego, systematycznego wysiłku, mimo że on pozbawił się go przecież na własne życzenie, a nie jak Sev w wyniku niemego protestu zbuntowanych mięśni czy kości.
  A Richie? Richie dla odmiany wyglądał wręcz przerażająco normalnie. Patrząc na niego z boku ktoś mógłby powiedzieć, że żyje na pełnej petardzie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jako jedyny z nich wszystkich ciągle pozostawał czołową postacią reprezentacji, w dodatku będąc jednocześnie najlepszym możliwym ojcem i matką w jednym. Mel naprawdę miała szczęście. Nigdy nie została, jak większość współczesnych dzieciaków, posadzona na kanapie z tabletem i tekstem zajmij się sobą. Każdego dnia odkrywała rzeczywistość na nowo, chyba nie czując jeszcze tego braku, który pewnego dnia po prostu musiał się w niej odezwać.
  Wyglądało to idealne, ale zeszłego lata, Andreasa trafiła myśl, jak cholernie pozory mogą mylić. Odwiedził wtedy w Berlinie richardową Lisę, której – z bliżej nikomu nieznanych przyczyn – wyraźnie nie chciało się wrócić na wakacje do domu.
  Wybawili się chyba za wszelkie czasy, biegając nocą po mieście w deszczu i tańcząc na poręczach od starych mostów. Przez ów tydzień spędzony w stolicy nieco odetchnął, plus poczuł delikatną ulgę, udowadniając sobie, iż istniały jeszcze kobiety, których nie traktował jako prostych maszynek do zaspokajania swoich potrzeb. Ale nieistotne. Liczyło się to, że podziwiał radość i zapał płynące od Freitagówny. Była niezmordowana i zawsze gotowa by czerpać z życia wszystko co najlepsze. Śmiała się do rozpuku, zarówno pijana, opierająca nieporadnie głowę na jego kolanach i gapiąca się na gwiazdy, jak i kilka godzin później, ubrana w biały fartuch, szykująca się na szpitalne praktyki i próbująca jednocześnie ubłagać go, by pozwolił jej ćwiczyć na sobie pobieranie krwi.
  Serio. Podarowała mu w jednej chwili tyle energii i sił do codzienności, że ewidentnie mógłby z nią zamieszkać. I dotarło do niego, iż to w gruncie rzeczy było najwyraźniej genetyczne. Identyczny błysk w oczach miała Mel, gdy przyjechała do nich na zawody w Mikołajki i próbowała wierzyć w to, że Wank obklejony watą i papierem toaletowym jest wielkim świętym (a dziwny wrzask roznoszący się po hotelu, to faktycznie stado reniferów ukryte w zaroślach, a nie zamknięty w szafie Eisenbichler, przekupiony przez wariata za zestaw ciepłych skarpet, by je udawać). I...
  Identyczny błysk w oczach miał Richard. Kiedyś przed laty, gdy podbijali świat i nie tyczyły się ich żadne zasady. A już tym bardziej potem, gdy był tak cholernie i na zabój zakochany.
  Zdawało się, że takiego spojrzenia nie da się zapomnieć, ale Andreas musiał przypatrzeć się siostrze i córce kumpla, by znowu wbiło mu się w pamięć. Bo w samym Freitagu żywego ognia już nie było. Cały jak widać odleciał gdzieś w zaświaty razem z Verą, swojemu właścicielowi zostawiając jedynie skrywane cierpienie. Aczkolwiek cierpienie połączone z morzem godności. Bo zgodnie z prawdą to Richard miałby prawo... Histeryzować, bawić się w konającego Wertera, czy grać nieczułego dupka, w ramach odegrania się na utraconej radości. Ale tego kurwa nie robił. Żył tak, że nikt nie musiał się o niego zamartwiać, czy wykonywać za niego codziennych obowiązków. I jasne, można by gdybać, że to mała uratowała go przed samym sobą, ale fakt był faktem. Gdyby ktoś z zewnątrz przyjrzał się im dwóm, zdecydowanie stwierdziłby, że ich role w tej historii wyglądały wręcz odwrotnie.

Wszedł do łazienki, nabierając na szczoteczkę odrobinę pasty do zębów i klnąc głośno, gdy ta ostatnia pobrudziła mu ubranie. Stare mury błyskawicznie powtórzyły za nim wulgaryzm, nadając mu akustycznej mocy. Chryste, echo było tak cholernie bierne. Tyle samo sił wkładało w odwzorowywanie wielkich miłosnych wyznań, co w kopiowanie prośby o podanie maselniczki, czy choćby takiej głupiej 'kurwy'. I może...
 Może problem tego świata tkwił w fakcie głoszącym, że ludzie sami stali się takim durnym echem, wyrzucającym w przestrzeń zdania wymyślone przez los? Może czas było odwrócić odwieczne przysłowie i zacząć mówić, iż to los jest kowalem swojego człowieka?
  Może.
  W każdym razie owego wieczoru ich podróż w nieznane, skończyła się właśnie w tajemniczym zamczysku, do którego zajechali szukając toalety. W hotelu nie było chyba żadnego gościa, restauracja zionęła pustkami, a dziki bluszcz dopełniał klimat zapadającego zmroku. I w pewnym momencie, gdy czekali na Severina, który zmieniał małej śpioszek, Andreas po prostu rzucił, że chce tu chwilę zostać.
  Jedno zdanie. Ale wypowiedziane z taką mocą, że nikt nie próbował się mu sprzeciwić. Chciał zostać i spać. I to pragnienie, choć głupawe i bardzo przyziemne, mógł określić mianem swojego pierwszego od dawna celu.
  Było konkretne, nie pozostawiało złudzeń, ani nie dawało odbiorcom szerokiego pola do interpretacji. Koniec i kropka. Żadne pójdę w lewo, a jeśli się nie da to w prawo.
  Więc odhaczył na liście punkt, jaki stanowiło przeleżenie tygodnia w łóżku. Na dodatek przed chwilą umył zęby, poświęcając nawet czas na kolejną już nienawistną wiązankę pod adresem pasty, która nie wiedzieć czemu okazała się ziołowa, a nie owocowa. Kolejnym krokiem powinno być za pewne zlezienie na dół po porządny posiłek, którego z całą pewnością nie stanowiły poobijane jabłka i pokruszone krakersy, ale ten jakże ambitny etap, mógł chyba jeszcze spokojnie parę godzin poczekać. Na razie postanowił wybrać inną z normalnych czynności. Taką, której można się było poddać na leżąco. Puścił telewizor, wybierając na pilocie numer popularnego kanału informacyjnego. Nie miał ochoty na żadne filmy, seriale, inne dramy czy gepardy polujące na antylopy. A na programie z wiadomościami o wczesnej i niepełnej godzinie, raczej nie szło trafić na trudne tematy. Komuś urodziły się pięcioraczki, zoo kupiło nową żyrafę, głupi złodziej próbował okraść kantor, ale pomylił go ze sklepem papierniczym, a jakiś dzieciak wygrał konkurs na najładniejszą palmę, bo chyba zbliżała się Wielkanoc. No. Idealne newsy, żeby przypomnieć sobie, że jest się elementem świata, a jednocześnie nie wrastać z miejsca w ten świat i jego okrucieństwo zbyt mocno.
  Spojrzał znudzonym wzrokiem w ekran i poczuł, że włos mu się jeży. Bo jego oczom ukazał się ogień. Cała masa ognia, dymu i unoszących się w powietrzu kawałków zwęglonego betonu. I pewnie nie byłoby w tym nic strasznego, w końcu wiosenną porą Europę notorycznie nawiedzały mniejsze lub większe pożary. Ale tym razem nie chodziło o żaden spopielony las czy pole uprawne. Gruby napis na jaskrawo żółtym pasku z informacjami wyraźnie informował odbiorców programu co płonie. Paliła się katedra w Paryżu. Czyli symbol Paryża. Czyli na dobrą sprawę sam Paryż.

Zadrżał, podnosząc się z materaca i stał tak przez moment na baczność. Jak ten kołek. Albo raczej jak żołnierz podczas apelu poległych. A potem... Potem zdało mu się, że po raz kolejny w ostatnim czasie coś go oświeciło. Przymknął oczy i zajął się prozaiczną czynnością jaką było picie wody.
  Bo przecież w takim głębokim, metaforycznym wymiarze, na tym ekranie nie działo się nic wyjątkowego. Jeśli sam Paryż równał się miłości, uczuciom, pokonywaniu własnego egoizmu... To walące się wiekowe wieżyczki, były po prostu znakiem codzienności. W każdej godzinie kończyło się milion różnych Paryżów. Miliony cennych obrazów, witraży i rozet, zasypywał popiół. Miliony pozłacanych organów nie mogły już wygrywać swoich chwytających za duszę pieśni. I działo się to na przecież na wszelkich krańcach ziemi, zarówno w wielkich amerykańskich metropoliach jak i na zimnej północy czy w afrykańskich lepiankach. Bajki umierały.
  Ale ludzie tego nie widzieli. Nikt nie tworzył zgromadzeń, nie zapalał tysięcy niosących nadzieję świec i nie chwytał pocieszająco stojących obok nieznajomych za ręce, z powodu zwykłego cierpienia czy samotności. Żeby zebrać jednostki w tłum, potrzebne było sprowadzenie do roli żałosnej kupki kruchej materii tego namacalnego Paryża. Tego od croissantów, wieży Eiffla i pól elizejskich.
  Zgniótł pustą butelkę, wsłuchując się w szelest poddającego się jego palcom plastiku, po czym przeleciał wzrokiem po smutnych ludziach na ekranie, wpatrzonych w niszczejący symbol kultury. Byli tacy różni. Niscy i wysocy. Biali, czarni, skośnoocy. Ubrani w garnitury lub w pomarańczowe stroje robocze. A jednak wszyscy założyli na siebie identyczne foliowe, przeciwdeszczowe peleryny. I wszyscy zgodnie nucili tą samą, niezrozumiałą dla niego piosenkę.
  Jakąś ich część musieli stanowić twardzi realiści, przypuszczalnie bawiący się w prokuratorów i szukający w głowie winnych. Kto mógł dopuścić do czegoś takiego? Kto zniszczyć tak cholernie przecież strzeżony symbol Europy? Jak wielki musiał zaistnieć tu przejaw niedbalstwa i lekkomyślności?
  Cóż. Gdyby tam stał z pewnością nie należałby do tej grupy. Raczej identyfikowałby się z bardziej melancholijną połową tłumu. Tą pogubioną i przysłowiowo nietrzeźwą, która szukała w powyższym bezsensie jakiegoś znaku. Znaku z nieba. Czy z góry. Czy z wyższego wymiaru. Czy jak kto wolał to nazywać.

Fajnie. Tylko czego to miał być znak? Co takie irracjonalnie smutne cholerstwo mogło wyrażać?
  Ludzie nie przywiązujcie się do niczego? Chrońcie wnętrze, a nie materię? A może po prostu bądźcie wszyscy razem, bez powodu, nie tylko wtedy gdy serce się kraja? Albo słuchajcie, świat ma tyle wspólnego z logiką co piernik z wiatrakiem, pogódźcie się z tym?
  Stwierdził, że ostatnia wersja ma najwięcej sensu. W końcu z słów jakiejś długonogiej blondynki prowadzącej serwis informacyjny wynikało, iż podpalona katedra wcale nie była skutkiem zbrodni czy innego wyrafinowanego działania grup terrorystycznych. Była przypadkiem. Jedną iskierką z zapałki. Śmiesznym okruszkiem popiołu, z papierosa jakiegoś budowlańca. Człowieka, który nawiasem mówiąc, miał pracować przy... Wzmocnieniu dachu zabytku. Przy uczynieniu go mocniejszym, stabilniejszym i gotowym na cieszenie kolejnych pokoleń. Na mienienie się w oczach zakochanych parek, biorących tu śluby i obiecujących, że kiedyś wprowadzą do środka swoje dzieci. Na inspirowanie przyszłych adeptów architektury. Na bycie schronieniem przed wiatrem i deszczem dla zbłąkanych turystów. Jednym słowem na wszystko. Wszystko, które okazało się synonimem nicości.
  Trzeźwo i logicznie, Paryż runął bo... Ktoś postanowił o niego zadbać. Bo miało do cholery być lepiej. A tymczasem przez tą maciupką chęć poprawy, przez drobną, magiczną chwilkę wszystko trafił szlag.
  Głupio mu było porównywać zniszczenie symbolu kultury i tradycji do własnego popieprzonego życia, w zasadzie kompletnie nic nieznaczącego dla losów świata. Ale... Jeżeli znaki z nieba istniały to nie istniały przecież dla budynków. Skała, beton czy szkło, choćby nie wiem jak piękne nie potrzebowały magii, tajemnicy i tysięcy odpowiedzi na trudne pytania. Potrzebowali ich natomiast ludzie. I to głównie Ci, którym nie układało się za dobrze.
  Po raz drugi tego dnia pomyślał, że powinien iść coś zjeść. Ale tym razem ta myśl nie była już taka straszna. Bo stąpał za nią kolejny krok. Dużo trudniejszy. Musiał wyjść do świata. I wrócić do życia.

A może raczej zacząć żyć?

Bo szczerze mówiąc nabrał wątpliwości czy robił to kiedykolwiek.
_______________

Właściwie to bardziej takie moje filozofowanie o życiu niż rozdział, ale czasem lubię naskrobać coś w tej tonacji. Od następnego rozdziału pomalutku ale wreszcie zacznie się jakaś akcja.
Zresztą nie dałam tu nawet żądnej piosenki w tle, bo przeglądałam całe pisaniowe playlisty i nic mi tu nie pasowało. 
To do usłyszenia. 

PS. Jest tu kto? :P
 

1 komentarz:

  1. Ja jestem :) i chcialam przeczytac to zaraz po dodaniu ale rzeczywistosc i obowiazki zwalily mi sie na glowe a Twoje teksty wymagaja skupienia oraz chwili do zadumy - za co wlasnie je tak kocham. No i moze faktycznie bylo filozoficznie oraz bardziej o zyciu niz o samej biednej krowci, ale mialo w sobie te magię i zmuszalo do przemysleń, a ze ja osobiscie jakos tak bardzo dziwnie i mocno przezylam ten pozar, to ta koncowka jeszcze bardziej wryla mi sie w łepek i serducho. No i chociaz opowiadaniowo zawsze bylam z tych detektywistocznych prokuratorow to przy tym pozarze solidaryzuje sie z Krowciem, zdecydowanie bardziej szukalam w nich melancholijno-zyciowych przeslanek i w sumie podobnie jak Krowcia nie bardzo je znalazlam. Chpciaz moze dla niego wlasnir bylo w tym cos bardzo, bardzo waznego, bo dalo mu kopa do zycia. Szkoda tylko ze wiemy jak ten kop sie skonczy.
    Ehhhh chce powiedziec duzo duzo wiecej wiec moze sie w koncu zbiore w sobie i skomentuje jak trzeba, ale na razie chcialam tylko powiedziec ze jestem, czytam - ZAWSZE - i bardzo to kocham.

    Aika

    OdpowiedzUsuń