niedziela, 11 sierpnia 2019

1. When you're drunk and all alone.

                                                            




"pustka w mojej głowie, pustka w moim łóżku
i w naszych snach, które okazały się złe,
no powiedz ludziom, że płaczesz przeze mnie,
powiedz, że bajka skończyła się źle"
                                              Fairytale Gone Bad - Sunrise Avenue

Monachium, lipiec 2021

‘I wierzę, że jestem w stanie sprawić, że już nie będzie tak bolało, że poczujesz się wreszcie szczęśliwy.’

  Tamte patetyczne słowa brzęczą mi w ustach, niczym pociągany spust pistoletu, przyłożonego do mojej głowy. Są zimne. Nie koją, ani nie leczą i wiem, że z upływem czasu nie zaczną. Tak samo jak pusta butelka po wódce, która z głośnym hukiem spadła właśnie z łóżka. Jest tylko jeden sposób, żebym poczuła ulgę - tak zwany środek ostateczny, choć na dobrą sprawę pewnie nawet on nie namówi moich warg żeby przestały machinalnie i beznamiętnie powtarzać powyższe zdanie. Więc... Niech sobie powtarzają. Aż do końca, skoro nie stać ich choćby na zwykłe 'przepraszam'.
  Cóż. Przez cholerne dwadzieścia trzy lata swojego perfekcyjnego życia, wierzyłam w niebywale wielką ilość rzeczy.
  Jako mała dziewczynka dużo się modliłam. Lubiłam ufać w to, że Bóg istnieje, choć lubienie Boga, to chyba bardziej objaw egocentryzmu i braku szacunku, niż prawidłowe wyznawanie jakiejkolwiek religii.
  No ale ja serio go lubiłam. W sposób zupełnie szczery i prosty, choć jednocześnie totalnie pozbawiony strachu czy respektu. Zaczynałam swoje dziecinne litanie od słowa cześć, połączonego z machaniem rączką ku niebu, czy kolorowym kościelnym witrażom.
  I cudownie było mieć pewność, że jest jakiś inny świat, wyższa siła, która tkwi nad nami niczym ochronna płachta, dostarczając magicznego źródła wiecznych sił.
 Śmieszne. Modliłam się i czułam, iż to wystarczy, abym znalazła pod choinką wymarzoną interaktywną lalkę. Ale też żeby rodzinnej kotki, która po raz kolejny uciekła z domu, nie potrącił jakiś kretyński, przekraczający prędkość pirat drogowy.  I żeby babcia wyleczyła rozwalone biodro, a mój głupi braciszek, żyjący pragnieniem skakania na dwóch deskach, nie skończył ze złamanym karkiem.
  Co z tego wynikło? Kotka żyła osiemnaście lat. Zdążyłam się z nią jeszcze wybawić, już po opuszczeniu Berlina i powrocie w rodzinne strony. Po drodze kilka razy rodziła młode, roztyła się niemiłosiernie i zdecydowanie większość swoich ziemskich dni przeleżała przed kominkiem, zamiast biegać po chaszczach za szczurami. Ludzie mawiali, iż miała idealne geny i planowaliśmy nawet, że po ślubie zabierzemy sobie do Monachium jednego z jej potomków.
  Babci wszczepili protezę i znowu bezproblemowo chodziła ze mną do parku, szyła mi sukienki na starej, przyjemnie klekoczącej maszynie czy piekła co rano drożdżówki. A Richie cały i zdrowy rósł na regionalną gwiazdę, sprawiając że wszystkie dzieciaki z okolicy chciały się ze mną kumplować.
  Natomiast ja? Ja w swoim małym móżdżku myślałam, że to dlatego, iż codziennie wieczorem proszę Boga by miał naszą rodzinę w opiece.
  Jakby głupie błagania naiwnej dziewczynki z piegowatymi policzkami, potrafiły zatrzymać plany złego losu.

Fajnie.

Z kolei jako nastolatka pokładałam absolutną pewność w nauce. Wydawało mi się to słusznym i naturalnym krokiem, na drodze do kariery, którą mi wróżono. Żyłam pomiędzy nagrodami, dyplomami i paskami na świadectwie. I chyba w gruncie rzeczy przestałam poszukiwać. Zaczęło mi przeszkadzać banalne mieszkanie na wsi, krowy z podwórka i zatrzymujący się u nas turyści, czy choćby proste, ludowe powiedzonka starszej części moich krewnych. A wszystko co przeczytałam w podręcznikach, czy przemądrzałych artykułach, które nie do końca potrafiłam zrozumieć, przyjmowałam do serca jako prawdę. Wymusiłam nawet na Richim, żeby przemalował mi pokój na szaro, bo przeczytałam gdzieś, że kobiety sukcesu lubią zimne i minimalistyczne wnętrza. Zerwałam ze ściany wiszące przez kilka lat nad moim biurkiem karteczki z pretensjonalnymi tekstami piosenek o złamanym sercu, po czym zastąpiłam je napisami w stylu 'rusz dupę i jedź w świat'. A potem po prostu wyrytymi czarnym flamastrem wyrazami 'BERLIN' i 'MEDYCYNA'.
  Tak. Myślałam, że z dala od domu stanę się twarda jak skała. Że pozbędę się wszystkich skrywanych lęków czy uczuć, o które nikt by mnie nie podejrzewał. Że zostanę stateczną perfekcjonistką, jakże odmienną od ciepłej, altruistycznej osoby, którą zapragnęłam się stać, w dniu gdy jako przedszkolak wymarzyłam sobie zawód lekarza. I że przestanę do Ciebie wzdychać, bo to serio było już śmieszne i szczeniackie.
  Według pewnej mądrej książeczki kupionej na dziale 'rozwój i psychologia' mój plan miał się ziścić w każdym calu. Właśnie tak powinna zadziałać samodzielność na człowieka z typem osobowości, jaki podobno reprezentowałam.
  Z tym, że specjaliści od mentalności pisząc swoje dzieło, wyraźnie niestety dali dupy. Po dwóch latach rzuciłam genialne życie w stolicy w cholerę i wróciłam. Żeby zatopić się w bezpiecznym rodzinnym gniazdku i żeby dać nam szansę.
  Ale ten najprawdziwszy z prawdziwych powodów powrotu znałam tylko ja sama.

  Najbardziej i najdłużej wierzyłam chyba jednak w samą siebie. We własną siłę i upór. Bo co z tego, że setki i miliony ludzi na czymś się przejechały? Lisa Freitag się nie przejedzie. Lisa Freitag jest idealna, wszyscy tak mówią. Lisa Freitag ma perfekcyjne ciało, a faceci oglądają się za nią na ulicy. Lisa Freitag pstryka palcami i dostaje to czego akurat żąda. Lisa Freitag zawsze dopnie swego. Często nielegalnie i nie do końca zgodnie z zasadami, ale przecież cel uświęca środki.
 Takie proste, nieprawdaż? Tylko czemu w takim razie znalazłam się tu gdzie się znalazłam? Bezwolna i gotowa na wszystko, byle by tylko nie ponieść konsekwencji własnych czynów.
Czemu?

Odpowiada mi jedyne głuchy chlupot wody w rurach kanalizacyjnych.

Tak. Powtórzę to. Wierzyłam w życiu milionom rzeczy. Tak różnych, że można by z nich ułożyć najbardziej wielobarwną mozaikę świata. Ale tamtego dnia przed ponad dwoma laty, na gorącej i dzikiej azjatyckiej plaży gdy mówiłam Ci, że wierzę... Nie wierzyłam. Ani odrobinę. Nie wierzyłam w odwracający się los.
  Pamiętam ów wieczór doskonale, wiesz? Pamiętam Twoje zmęczone oczy, które nagle rozbłysły, jakby ostatkiem sił. Pamiętam ożywczy podmuch wiatru i słony posmak potu na Twojej szyi, zmieszanego z uciążliwymi drobinkami piasku. Nie mogłeś przez to pieprzone kolano zmyć ich z siebie wskakując do wody, więc zastygły tak w miejscu, czekając aby parę godzin później przenieść się na moje usta.
  Powiedziałam, że sprawię, iż będziesz szczęśliwy, gdyż chyba aż za bardzo chciałam nakarmić Cię nadzieją. Bo przecież na tym polega miłość. Na dawaniu drugiej osobie rzeczy, których nie ma się samemu, choć w klasycznej wersji tego powiedzenia chodzi raczej o coś namacalnego w stylu chleba czy zupy, a nie o górnolotne i niezdefiniowane uczucia.
  Jezu... Może łatwiej by mi się teraz oddychało, gdybyśmy w tamtym momencie byli pijani. Wtedy wszystko można by uznać za połowiczne i niepewne. Ale nie. Szliśmy na cholernie wysoki szczyt. Jasne, że bez zabezpieczeń i w przysłowiowych klapkach, jednak doskonale wiedzieliśmy co robimy. Wino pojawiło się w naszych dłoniach dopiero po trudnych wyznaniach, gdy nie miałam już na sobie przemoczonego kostiumu kąpielowego, a ból Twojego feralnego kolana nie stanowił bynajmniej jedynego powodu by krzyczeć.
  Ocieram pojedynczą łzę, bo od dwóch lat, zawsze gdy przypominałam sobie ów wieczór czułam przyjemny dreszcz, zabijający we mnie strach, czy choćby banalne, codzienne zwątpienie. Aż do teraz. Bo teraz nie czuję nic. Wypełnia mnie wszechobecna pustka, a ja totalnie jej ulegam.
  Mówiłam Ci, że wierzę, bo najważniejsze było żebyś Ty uwierzył. I uwierzyłeś. I zbudowaliśmy coś, co w przypadku innych ludzi naprawdę mogłoby się udać.
  Los na chwilę nam odpuścił. Pozwolił na urządzanie mieszkania, plany, marzenia, bredzącego Wanka, który uparł się, że to on wybierze mi krój białej sukienki... Pozwolił, tylko po to, by na koniec rozpieprzyć naszą nową rzeczywistość ze zdwojoną mocą. By zadziałać akurat w momencie, w którym z tych lat życia w fałszu, wreszcie narodziła się szczera, najszczersza prawda. Bo tak. Osobno byliśmy parszywie sztuczni, zblazowani i schematyczni. Ale nasza miłość, choć może niezbyt romantyczna, była najprawdziwsza. Była po prostu doskonała. I naprawdę sprawiała, że czułam się piękna. W ten cudowny sposób, który pokazuje światu, że piękno wcale nie musi iść w parze z idealnością.
  Nigdy nie należałam do osób robiących sobie często rachunek sumienia. Żyłam z dnia na dzień i jeżeli za coś się karałam to co najwyżej za zjedzenie zbyt dużej liczby kalorii czy pominięcie jakiegoś akapitu w podręczniku. Ale tym razem wiem doskonale, że przeholowałam. I że kolejny raz karma zwyczajnie nie mogła ominąć mnie szerokim łukiem.
  Tylko do jasnej cholery czemu nie ominęła też mojej biednej rodziny, która nie zrobiła dosłownie nic złego, a której zafundowałam kolejną potencjalną tragedię, nie myśląc nawet o fakcie, iż jedną przecież już przeszła? I dlaczego nie ominęła Ciebie, mimo że z nawiązką odpokutowałeś już wszystkie popełnione błędy? Dlaczego pozwoliła Ci uwierzyć, że totalnie zwariowałeś? Dlaczego ja Ci na to pozwoliłam? Naprawdę nie domyśliłam się o co chodzi w tej zrypanej intrydze, czy też podświadomie chroniłam się Twoim kosztem?
  Powiedz mi. Czy po tym wszystkim kocham Cię ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Rury zamilkły.

Rozpylam w powietrzu swoje ulubione cytrusowe perfumy, które w Twoim mniemaniu zawsze pachniały banalną gruszką, a nie pomarańczą czy limonką. I zużywam tak chyba z pół flakonu, bo potrzebuję tego znajomego zapachu. Potrzebuję czegoś co było ze mną od dawna. Czegokolwiek.
  Nie jestem Tobą. Nie umiem się stawiać losowi i przyznawać światu do własnych grzechów. Umiem tylko uciekać. Nawet gdy w grę wchodzi jedynie ucieczka w przepaść.
  Na ślepo przesuwam dłoń po komodzie, szukając znajomego kształtu, po czym zamykam oczy, sycząc z bólu.
  Widać ciągle doskonale pamiętam jak to się robiło.

~~***~~

"Kolejna noc, a ja krwawię,
wszyscy popełniają błędy i my także,
ale czasem zrobisz coś, czego nigdy nie da się naprawić"

Pyeongchang, luty 2018

- Złotym medalistą i mistrzem olimpijskim zostaje...
Spiker zdążył podać ten komunikat w trzech językach, z których Andreas znał przecież aż dwa. Ale w gruncie rzeczy nic do niego nie docierało, zupełnie jak gdyby głos w megafonie przemawiał po chińsku. Skupił się wyłącznie na tym, że oddychał. Tak. Od momentu, w którym ostatni uczestnik tego feralnego, dość śmiesznego i trwającego rekordowo długo konkursu, wylądował na zeskoku, oddychał. Głęboko i rytmicznie. Zupełnie jak człowiek przez lata podłączony do respiratora, gdy pewnego pięknego dnia, dzięki przeszczepowi, otrzyma nowe płuca.
  Nagle nie miało znaczenia jak bardzo się nienawidził i z jakim obrzydzeniem od czterech lat spoglądał każdego ranka w lustro. Nie miało znaczenia, że jeszcze chwilę wcześniej wolałby zająć pięćdziesiąte miejsce w konkursie, niż nosić swoje imię i nazwisko. Nie miały znaczenia wszystkie blizny, zarówno te niewidzialne, jak i zupełnie realne i ze wstydem chowane pod rękawami kombinezonu.
  Wyłączył własny, skrzywiony przez przeszłość wzrok i patrzył na siebie oczami zgromadzonego na stadionie tłumu. A co mógł dojrzeć ów tłum? Jedynie chłopaka, który pracował dzień w dzień, żeby w cholernie młodym wieku wedrzeć się na szczyt. Godziny trudu, potu, wyrzeczeń i ponaciąganych na siłowni mięśni. Radosną, sympatyczną twarz, która uśmiecha się do kibiców, wręcza kwiaty jakiejś rozanielonej fance i cierpliwie robi sobie zdjęcia z dziećmi.
  Kimś takim zawsze chciał być. Nie wyjątkowym, ale prostym, uczciwym i odbierającym zasłużoną zapłatę.
  A jednocześnie wiedział, że ów magiczny stan długo nie potrwa. Powracając do medycznych porównań, przecież przeszczep płuc dość rzadko się przyjmuje, dużo częściej po chwilowej poprawie, organizm najzwyczajniej w świecie odrzuca nowy narząd. I znowu trzeba pogodzić się z rurkami, maskami tlenowymi czy innymi parszywymi metodami sztucznego wspomagania. Z jedną różnicą. Z tą, że cierpi się jeszcze ze sto razy mocniej. Bo przypomniało się sobie jak cudownie jest samodzielnie oddychać i jak wielki dar stanowi każdy łyk powietrza.
  Więc korzystał póki mógł. Znalazł się w swoim, zupełnie oddzielonym od rzeczywistości wymiarze i nie zwracał uwagi na wiwatujących rodaków, ściskających go nieustannie kolegów z drużyny, czy choćby Wanka, który z pół godziny płakał mu ze wzruszenia do telefonu. Nie pamiętał nawet słów narodowego hymnu, bezwładnie poruszając jedynie wargami podczas ceremonii. Adrenalina zupełnie nim zawładnęła i poczuł, że po prostu ma prawo się jej poddać, zanim do głosu znowu dojdzie ten wredny, mały demon, siedzący mu w duszy i przypominający, iż w gruncie rzeczy nie ma prawa do życia. Nie po tym jak doszczętnie zdemolował czyjeś.
  Cóż. Przez kilka godzin liczył się tylko on sam i równomierne, głębokie oddechy. Łapczywe zaczerpnięcie powietrza, zmrużone powieki, wiatr zaczerwieniający policzki... A potem delikatny, pełen ulgi wydech i unoszące się w subtelnym, ale naprawdę szczerym uśmiechu kąciki ust.
  Gdyby na tym zakończył, nie byłoby wcale tak źle. Nakarmiłby się na zapas niesamowitą porcją energii, napatrzył na łzy wzruszenia w oczach wszystkich tych, którym pragnął dawać szczęście, zamiast nieustannego bólu i troski, sprzedał złoty krążek na jakiejś akcji charytatywnej... A potem wrócił do swojego egzystowania za karę. Do życia, które owszem, niosło momentami satysfakcję i poczucie, że jego decyzje są najzwyczajniej w świecie słuszne. Ale które nie miało nic wspólnego ze spełnieniem.
  No tyle, że tak się nie stało. Bo ta malutka dawka endorfin, którą dzięki niespodziewanemu sukcesowi wpuścił do swojego serca, przemieniła rzeczywistość w jakąś totalną krainę amoku. Nagle odechciało mu się po prostu chłonąć chwilę. Chciał tą chwilę za wszelką cenę przedłużyć.
  Pech zadecydował, że prosto z medalowej dekoracji, zgodnie z naturalną koleją rzeczy poszli na pieprzoną imprezę. A on nie poprzestał na tradycyjnym oblewaniu się szampanem czy jednym piwie. Odizolował się od kumpli, wybierając wieczór przy barze, w towarzystwie wódki. Bo podobno wódka potęguje euforię.
  Przez poprzednie lata generalnie mało pił. Czasem wieczorami nalewali sobie z chłopakami po kieliszku, szczególnie gdy w kadrze doszło już do małych przetasowań i wypełniło ją towarzystwo kompletnie pozbawione wiedzy o tym co rozsadza mu duszę. Ale z reguły wolał unikać alkoholu. Tak w imię zasady, że na dnie też ma się wybór. I że zamiast dodatkowo grzebać się w mule czy piachu, można stać na grząskiej, brudnej powierzchni z podniesioną głową. Na baczność i w pełni świadomie.
  No cóż. Widać nie po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego.
- Jeszcze jedną butelkę – wymamrotał w kierunku barmanki łamaną angielszczyzną. Bał się tak bardzo, tego co poczuje gdy wytrzeźwieje, że nie wystarczało zamówienie kolejnego kieliszka, żeby na moment odsunąć od siebie ów strach. Potrzebne było o wiele więcej lodowatego szkła, z kojącą, choć na dłuższą metę zabójczą zawartością.
- Złoty chłopiec wyraźnie za dużo myśli, a zbyt mało świętuje.
O dziwo zapamiętał wygląd tej dziewczyny. Miała różową czapkę z flagą Kanady, snowboardową kurtkę i wyjątkowo niepasujące do jej sportowego stroju, pomalowane na czerwono usta. Pachniała cholernie mocnymi, użytymi wręcz w nadmiarze perfumami, od których dość szybko zakręciło mu się w głowie. Czyli idealnie wtopiła się w klimat tamtego wieczoru. I chyba miała na imię Stacy. Albo Clara, bo szczerze mówiąc mimo charakterystycznej urody i zapachu, dość mocno zlała mu się potem w głowie, z amerykańską łyżwiarką, którą poznał dwa dni później.
  Ale w gruncie rzeczy jakie znaczenie dla jego życia miały jej dane osobowe?
- Mogę się Tobą zaopiekować – rzuciła bezwstydnie, by po chwili bez zawahania zapleść mu dłonie na szyi.
  Przez moment zaniemówił. Bo o ile z alkoholu korzystał sporadycznie... O tyle zupełnie zapomniał o aspekcie życia jaki stanowiły kobiety. Nie potrafił choćby spojrzeć jakiejś w oczy, żeby nie przypomnieć sobie tamtej tragicznej w skutkach nocy. Nocy, która zapoczątkowała niekończącą się spiralę zdrady, niepewności i wreszcie śmierci.
  Jasne, liczył, że kiedyś wszystko się zmieni i że zdarzy się iście bajkowy cud. Ale w gruncie rzeczy pogodził się już z uporczywą, choć bezpieczną samotnością. Tak na amen.
  Clara łamana przez Stacy miała jednak cholernie beznamiętnie, puste usta. Całowała go, mimo że nawet się jeszcze nie przedstawiła, jednocześnie mocno zaciskając palce na ciążącym, złotym krążku zwisającym mu z szyi. I co najważniejsze... Była po prostu totalnym przeciwieństwem tamtego momentu. Marnym, ulotnym i niemogącym nikomu sprawić krzywdy. Inaczej mówiąc... Była definicją przygody na kilka godzin. A on wyjątkowo nie chciał obudzić się zupełnie sam, na tak przerażającym kacu.
  Wódka albo seks. Wybór w stylu kokaina czy heroina. Niby o wiele mniej szkodliwy, ale w gruncie rzeczy nawet nie planował wybierać. Jedno nie wykluczało przecież drugiego.
- Nie masz narzeczonego? – spytał nieprzytomnie, próbując dostosować się do jej tempa pocałunków.
- Słucham? – wybuchła głośnym śmiechem – wyglądam na tak starą, żeby być zaręczona? – odkleiła się na moment od jego ust, by po kilku sekundach wrócić do wcześniejszego zajęcia ze zdwojoną mocą – powinnam się obrazić. Ale jesteś za ładny, więc chyba nie chce mi się obrażać.
  Ten medal naprawdę musiał ją kręcić. Bo na pewno nie kręcił jej on sam. Miał rozwiane włosy, poplamioną, spoconą koszulkę i w gruncie rzeczy nie musiał nawet trzeźwieć, żeby wiedzieć jak paskudnie śmierdzi.
- Zabawisz się ze mną lepiej niż z tą cholerną butelką – mruknęła kusząco – to jak panie zwycięzco, wychodzimy?
  Zdecydowanie łatwiej udawało mu się obłaskawiać codzienność bez tytułu mistrza olimpijskiego.
- Wychodzimy.

Na bolącą głowę można było wziąć paracetamol, a wymioty szło przeczekać w łazience. Ale tamtego palącego ognia, który następnego ranka towarzyszył kacowi, nie dało się zagłuszyć w żaden sposób. Czas się cofnął i miał wrażenie, że w nocy znowu śnił mu się koszmar. I znowu był luty. Z tym, iż luty dwa tysiące czternastego.
  Zazdrościł Kanadyjce o niepotwierdzonej tożsamości. Bawiła się o świcie równie dobrze co po zmroku. Nieskrępowana jego obecnością, paradowała owinięta jedynie w ręcznik po pokoju, gadając przez telefon z jakąś koleżanką. A potem jęczała, żeby pomógł jej zapiąć klamerkę w staniku.
  Ona po prostu chciała tak żyć. I lubiła. Tymczasem on? On uciekał. W najbanalniejszy z możliwych sposobów.
  Dobrała się do jego komórki, instalując mu na w systemie popularną aplikację randkową z tekstem sugerującym, że może znów się na siebie natkną. Natknęli. Kilka godzin później, gdy na konferencji prasowej przeglądał zdjęcia nieznajomych, bo musiał czymś zająć swój pękający łeb, a słuchanie Schustera gadającego o jego pozycji najazdowej nijak się do tego nadawało. Wysłała mu parę serduszek i pikantnych wiadomości, ale nie odpowiedział na żadną. Była wydarzeniem minionym, cóż z tego, że pochodzącym sprzed paru godzin? A wydarzenia minione mają do siebie to, że człowiek rozbiera pod ich wpływem przeszłość na czynniki pierwsze. Wyciągając to co najbardziej brudne i ciążące.
Po nitce do kłębka.
  Więc zamiast jej odpisać, znalazł tą Amerykankę, z którą potem mu się myliła. I Katię ze Szwecji. I wódkę. I Anges czy tam Susanne, albo raczej zgodnie z prawdą jedną i drugą. A po powrocie do Niemiec Julię i Klarę.
  I jeszcze więcej wódki.

Kilka lat pracy nad sobą, nauki codzienności i prób zaakceptowania własnej, pomylonej osoby. Morze troski, współczucia, wybaczenia i wszystkiego co niezasłużenie dostał. Wiara, nadzieja, tudzież miliony gatunków szczerej miłości, dużo bardziej sensownych od tego erotycznego.
  Spieprzył to właściwie w jedną noc. I mury obojętności runęły mu na głowę.

Ale może tak musiało być? Może nie da się budować niczego na zgliszczach spalonych miast?
  A może naprawdę piękne fundamenty w istocie są niezniszczalne?

Z tym, że nie akceptują gdy ktoś próbuje je wykorzystać do stworzenia prowizorycznej fuszerki.

~~***~~
"nie możemy wypłakać tego bólu
nie możemy znaleźć potrzeby, by się zatrzymać
powoli zrozumiałem, że nic nie stoi po naszej stronie"

Styczeń 2019
Na dłuższą metę nie da się brać bez dawania. Nie da się cieszyć bez wysiłku. Życie na Ziemi jest jak torba na zakupy. Z pozoru materiałowa i lekka, potrafi w istocie udźwignąć ogromne ciężary. Ale ma swoją wytrzymałość. I gdy przegniemy, najpierw robi się w niej mała dziurka, przez którą wypadają głupie morele czy śliwki. A potem? Potem pęka sedno konstrukcji. Pęka sprawiając, że cała zawartość ląduje na ulicy i możemy co najwyżej obstawiać, ile zdąży poleżeć, zanim nie rozgniecie jej ciężarówka.
  Cóż. Jego karierę z całą pewnością już rozgniotły. Co najmniej ze trzy tiry. I do nikogo nie miał o to żalu. Nikt nie kazał mu pić, opuszczać treningów czy spędzać nocy w losowo dobranych klubach, w towarzystwie przypadkowych imprezowiczy. Z jakiegoś powodu to wszystko pomagało mu się wyłączyć, więc się poddał. Uległ własnemu umysłowi, sprawiając, że dni bezboleśnie zlewały mu się w tygodnie, a te z kolei w miesiące.
  Jego wybór. Jego głupota, jego decyzje i jego strata. Czym się tu do cholery jasnej było podniecać? Nie był ani pierwszym ani ostatnim w dziejach świata sportowcem, który nie udźwignął sukcesu i rzucił się w wir pustej rozrywki.
  Szkoda tylko, że cała masa nic o nim niewiedzących ludzi, miała na ten temat zgoła przeciwną opinię. Tak jak genialny sztab szkoleniowy, który prawił mu nieustanne kazania, wymuszając na nim jednocześnie kolejne wizyty u psychologów.
  Doprawdy żałował, że nikt nie podjął takich kroków owe pięć lat temu. Wtedy może faktycznie tego typu tanie bajery mogłyby mu pomóc, zatrzymując karuzelę nieszczęść, zanim doszło do wybuchu.
- Twoje otoczenie uważa, że masz depresję – jakaś wkurzająca kobieta w niebieskim żakiecie spojrzała mu głęboko w oczy. Jeszcze tydzień wcześniej na jej miejscu siedział facet z wąsem. A wcześniej niska, przysadzista staruszka. Tych wszystkich genialnych terapeutów cholernie łatwo było namówić do przysłowiowego wywieszenia białej flagi i rezygnacji. I wbrew pozorom wcale nie wymagało to agresji, kopania stołków, plucia, czy rzucania wulgaryzmami. Wystarczyło konsekwentnie i stanowczym głosem odmawiać współpracy. Wygłaszać zdawkowe, cyniczne, durne ale zarazem wyjątkowo trzeźwe uwagi, jednocześnie pilnując by ani na moment nie otworzyć duszy.
- Obraża pani ludzi z depresją – powiedział spokojnie – Ci ludzie cierpią. Nie wstają z łóżka i myślą tylko jakby tu sprzątnąć się z tego świata – mimowolnie odwrócił głowę, aby ukryć lekkie drżenie warg, towarzyszące wzmiance o tym, jak czasem bardzo chce się umrzeć – ale specjaliści zamiast im pomóc, wolą maltretować zdrowych, młodych facetów, którzy mają życie jak w Madrycie – wzruszył ramionami – i ciekawe czemu? Może dlatego, że tym naprawdę chorym wcale a wcale nie potrafilibyście pomóc?
  Zachowywał się po prostu po chamsku. Ale tylko to mogło sprawić, że związek przestanie zmuszać go do wizyt u kolejnych 'mądrych osób, które pomogą mu odnaleźć właściwą ścieżkę'.
  Cel uświęca środki. Czy jakoś tak to leciało.
- Za co Ty się tak nienawidzisz – kobieta za wszelką cenę planowała chyba dowieść swoich racji.
- Może jestem kryminalistą? – zaczął bawić się, wbijając paznokcie w liście kwiatka stojącego na parapecie. Palce wybrudziły mu się całe zielonym barwnikiem. Ciekawe czy taka roślinka mogła czuć. Czy jęczała w niesłyszalny sposób z bólu, gdy ktoś z nudy odrywał sobie od niej kolejne elementy. A może faktycznie została wyróżniona przez los całkowitym brakiem reakcji na bodźce?
  Ostatnio coraz częściej łapał się na myśleniu o pierdołach. O emocjach mrówek, drzewek czy kierunku w jakim tłuszcz rozlewa się po patelni. Byle uniknąć wszystkiego co zahacza o człowieczeństwo – a kryminaliści chyba nie powinni za sobą przepadać – parsknął sztucznym śmiechem.
  A w gruncie rzeczy to wcale nie było śmieszne. Równie dobrze mógłby teraz siedzieć sobie w więzieniu. Jeszcze przez długie lata, bo za tego typu sprawki nie dostawało się raczej wyroków w zawiasach.
  Mógłby. I nikt specjalnie by przez ów fakt nie ucierpiał. No, może poza pannami, których życie byłoby uboższe o jedną namiętną noc.
- Mówisz o stracie prawa jazdy? – babka zaczęła coś notować w tych swoich żenująco starannie prowadzonych zeszycikach ze zdobionymi marginesami – jazda po pijanemu nie stanowi powodu do dumy, ale to jeszcze nie jest kryminał. Przecież nikogo nie okradłeś, nie zgwałciłeś, ani nie zabiłeś.
- W żadnej z tych kwestii nie mam stuprocentowej pewności – wypalił ponuro. Na szczęście wyszło mu to z ust w tak szybki i bezmyślny sposób, że specjalistka od siedmiu boleści zignorowała jego wyznanie, uznając je widać, za kolejny cyniczny i wyjątkowo nieudany żarcik.
  Zabawne. Ale chciałby, żeby największym przestępstwem, jakiego dopuścił się w życiu, był ów nocny rajd po działkowych ogródkach z zeszłej jesieni, który sprawił, iż przez najbliższe trzy lata, przynajmniej oficjalnie, nie mógł usiąść za kółkiem.
  Spuścił głowę, ze znudzeniem zatapiając wzrok w ekranie brzęczącego telefonu. Pisała wysportowana brunetka, dorabiająca sobie w piekarni, nieopodal jego mieszkania. Flirtował z nią od kilku dni, codziennie rano, gdy wpadał po zaleczającą kaca kawę. Była ładna, nieskomplikowana i co najważniejsze mieszkała w Monachium jedynie tymczasowo, w ramach jakiejś wymiany studenckiej. Robiła mu serduszka z kakaowej pianki i wręczała multum kuponów zniżkowych, coraz wyraźniej sugerując, że obejrzałaby z chęcią kwiatki w jego sypialni.
  Nie miał kwiatków w sypialni. I laska pewnie dobrze o tym wiedziała, ale czego to się w końcu nie robi dla zachowania pozorów.
- Nazywa się Vanessa i poprawi mi dziś humor o wiele lepiej niż pani – rzucił bezwstydnie, machając kobiecie komórką przed nosem – mogę już iść?
  Pewnie, że mógł. Ładna, sprzedająca się buzia, w połączeniu z tym parszywym złotym krążkiem sprawiły, że w gruncie rzeczy mógł robić co tylko zechciał. I chyba w tym właśnie tkwił problem.
 Spojrzał na akwarium pełne złotych rybek, które stało na stoliku w gabinecie. Ciekawe czy rybki miały słuch. Jeżeli tak, to pewnie zdychały już od tych dźwięków ciągłego jęku i szlochu. Przerażające było jak ludzie szybko otwierali się przed kosztującymi ich krocie specjalistami. Wyciągali najintymniejsze sekrety, bolesne rozstania czy życiowe porażki. I po jaką cholerę? Serio wystarczało im stwierdzenie w stylu 'dołożyłem wszelkich starań, aby poczuć się lepiej', żeby uspokoić sumienie i ze spokojem zgasić resztki nadziei na szczęśliwe jutro?
  Pomachał tęczowym stworkom, stukając w szklaną szybę. Dzięki niemu przynajmniej na godzinę, odpoczęły od klimatów tragedii i zagubienia. Fundnął im w zamian coś innego – szybką i skuteczną lekcję na temat tego, jak osiągnąć szczyty bezczelności w piętnaście minut.
  Cóż. Nawet własna matka z trudem już na niego patrzyła. Zrażał do siebie ludzi w tempie szybszym niż to, w którym Wank pochłaniał pojemnik keczupu.
  Wanki. Jego poczciwy imiennik, który każdego ranka rzucał mu do słuchawki, pomiędzy pytaniem o to czy oddycha, a martwieniem się pustkami w jego kuchni, że się za niego modli.
  Jeżeli jeszcze kogoś kochał, tak szczerze i nie na jedną noc, to byli to jego przyjaciele. Kochał ich za wiele poważnych rzeczy. Za to, że nie pozwolili mu się sprzątnąć ze świata wtedy gdy miał na to zdecydowanie zbyt wielką ochotę. Za to, że nie przeszkadzało im o dziwo wcale, iż za swoją dobroć i troskę, niezbyt często otrzymują coś w zamian. Za odbieranie go z komisariatu policji, po próbach zabawy w pirata drogowego. I za to, iż czując, że ma jakiś dług wdzięczności do spłacenia, starał się (pomijając okres od Korei włącznie) żyć niczym przyzwoity człowiek.
  Ale w tamtym czasie najbardziej kochał ich za zrozumienie jego debilizmu. Za to, że choć ciągle dostępni i gotowi aby pogadać, podwieść go na trening lub (w przypadku Wanka) zapełnić mu lodówkę kiełbasą, pozwalali mu głupkowato szaleć. I w przeciwieństwie do całego świata, trenerów czy rodziny, rozumieli bez słów prosty komunikat w stylu duszę się. Nie rzucali umoralniających gadek o niszczeniu sobie życia i schodzeniu na zgubną drogę. Bo przecież po prostu wiedzieli. Wiedzieli, że on doskonale rozumie, co jest dobre a co złe. Że nie zatracił wcale granicy pomiędzy tymi dwoma pojęciami i pojmuje po której stronie aktualnie balansuje.
  Wierzyli w niego. Więc dzięki tej wierze on też wierzył, iż w końcu znowu się ogarnie.

Ale jeszcze nie teraz. Teraz nie miał siły.
Lub jeśli ktoś wolał, to musiał najpierw przespać się z Vanessą z kawiarni.

~~***~~


"nie możemy wypłakać tego bólu,
nie możemy znaleźć powodu, by się zatrzymać,
nie ma więcej królików z kapelusza by wszystko naprawić"

marzec 2019
Śnieg zaczynał topnieć, a spod jego ostatnich grudek, na świat wyglądały już pierwsze pierwiosnki i przebiśniegi. Z początku nieśmiałe i eteryczne, z biegiem czasu coraz śmielej pięły się w górę, informując zimę, iż pora wreszcie odejść i ustąpić miejsca kolorowej wiośnie. Podobno tętniącej wiarą, nadzieją i miłością.
  Ciemnowłosa Vanessa, która oglądała jego sypialnię przez cały tydzień, widać niezaspokojona jedną nocą, dawno wróciła do swojej wioski pod Hamburgiem czy też innym Dreznem. Gadała mu nieustannie o rodzinnych stronach, ale nie miał zbytniej ochoty przetwarzać sobie w mózgu tej paplaniny. Jej miejsce w kawiarni na rogu, zajęła inna baristka. Tęga, przysadzista, niedbale pakująca croissanty i samym wyglądem sugerująca Andreasowi, że najwyższy czas, aby zainwestował we własny ekspres do kawy.
  Zresztą zgodnie z prawdą nie szczególnie chciało mu się pić. Ani jeść. Mimo ograniczenia treningów do minimum, schudł z pięć kilo, a widok pełnej lodówki co najwyżej przyprawiał go o mdłości.
  Swoją drogą ostatnio dosłownie wszystko przyprawiało go o mdłości. Pory roku mogły się przeplatać, a ludzie w około przeprowadzać, żenić i umierać. Ale on ewidentnie stanął w miejscu. Tak uparcie, że zaczynał serio mieć wątpliwości czy jeszcze żyje. I nie. Nadal się nie ogarnął.
- Może wezwę wam taksówkę, co?
Na w pół przytomny oparł się o ławkę przed blokiem, ze sztucznym uśmiechem patrząc na swoich znajomych, którzy po pijaku ładowali się w dziewięć osób do małego, osobowego samochodu.
- Stać mnie, a prowadzenie w tym stanie jest niebezpieczne – pomachał towarzystwu przed nosem posrebrzaną kartą kredytową – mogę nawet każdemu zamówić osobną.
- Z butelką szampana gratis? – zażartował jakiś głos z tłumu.
- Jasne. Szampan, whisky czy co tam chcecie.
  Rzucił to obojętnym tonem, niczym jakiś mdły potentat finansowy. Nie wiedział czemu nieustannie chełpi się tak cholerną gotówką, przed ludźmi, których imiona ciągle mu się myliły. Ale chyba po prostu chciał, żeby ktoś nieustannie z nim był i imprezował. Bez pytań o przyszłość, bez rozmów o uczuciach, bez jakiejkolwiek głębi... A skoro głupie wejściówki do elitarnych klubów i najdroższy alkohol mogły mu to zapewnić... To czemu miał nie skorzystać?
  Niemcy chwaliły się na cały świat tym swoim cudownym systemem prawno-finansowo-socjalnym. Ale coś jednak poszło im nie tak. Tysiące obywateli wstawało codziennie rano do pracy, nie mając czasu żeby przyrządzić własnym dzieciom zwykłej, durnej owsianki na śniadanie. Pocili się, męczyli, wracali do domu sfrustrowani, a potem i tak sporą część zarobków musieli oddać w ramach podatku. I po co? Po to by on, za te publiczne pieniądze, z których z racji jednego, pieprzonego krążka mógł korzystać do końca życia, urządzał wkurzające balangi, których finałem było zwykle wzywanie straży miejskiej przez sąsiadkę. Do czasu, gdyż ostatnio chyba nawet z tego już zrezygnowała. Straż miejska też nie mogła mu nic zrobić. Z diabelskim uśmieszkiem płacił mandaty za zakłócenie ciszy nocnej, po czym wracał do zabawy. A kobieta z na przeciwka musiała znaleźć inny niż dzwonienie po służby sposób na zapewnienie swoim pociechom warunków do spokojnego snu.
  Cóż. Z dnia na dzień coraz bardziej zachowywał się jak rasowy skończony skurwiel. Albo się nie zachowywał. Pewnie po prostu wbrew opiniom wszystkich, którzy jeszcze w niego wierzyli taki był.
- Osiem osób łatwiej wciśnie się do małego autka niż dziewięć, co nie?
- Hmm? – spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na stojącą obok niego pannę, która chyba musiała wyskoczyć z bagażnika. Widział ją tej nocy po raz pierwszy w życiu, więc pewnie jeden z jego kumpli musiał ją do niego przyprowadzić.
- Byłoby więcej miejsca, jakbym mogła zostać na noc – zamrugała oczami – Lara mówi, że masz wygodne łóżko.
Za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć kim jest Lara, ale widać jego pościel stała się już dość popularnym tematem w gronie ładnych, monachijskich imprezowiczek.
  Smutny był fakt, że nie dawał nic z siebie, a i tak na dobrą sprawę te laski dostawały  od niego wszystko czego sobie życzyły. I aż czasem, w tych bardziej trzeźwych momentach życia, zastanawiał się czy serio cała pula ich pragnień ograniczała się do udanego seksu, bo cóż innego mogły widzieć w jego do bólu schematycznej sypialni, z dawno już nieodświeżanymi ścianami i wypadającymi z szafy bokserkami?  Chyba, że...
  Chyba, że było wręcz na odwrót. Może w momencie, w którym było im wyjątkowo dobrze, zamykały oczy i wyobrażały sobie, że to nie jest tylko przygoda na jedną noc, że leży przy nich jakiś wyimaginowany, ciepły człowiek, stanowiący oazę bezpieczeństwa? Że po wszystkim będą mogły się mocno przytulić, wyrzucając z duszy codzienny lęk?
  Jeżeli owa druga opcja była poprawna to musiał się którejś spytać jak to robiły. Takie mrzonki o miłości raz na jakiś czas... Serio musiały smakować całkiem fajnie. Bo przecież ‘fajnie' nie musi znaczyć ‘realnie'.
- Maria, tak? – mruknął do swojej towarzyszki na następne godziny, jednocześnie ściskając przypadkowych kumpli na pożegnanie.
- Mary. Jestem Angielką – odparła, jakby do cholery akcent, z którym wymówi się jej imię był najważniejszym problemem świata, przebijającym swoją doniosłością głód, wojny i cierpienie.
- Mary. Jutro o dwunastej gra Bayern Monachium.
- I co z tego? – wzruszyła rozbawiona ramionami, wyraźnie nie rozumiejąc aluzji.
- Lubię oglądać mecze sam – odparował bezczelnie – na własnej kanapie i z piwem w ręku.
- Mogłeś tak od razu – szepnęła spokojnie, rozpinając jednocześnie pomimo panującego na dworze chłodu, jeden z guzików w bluzce – jasne. Jak otworzysz oczy to już mnie nie będzie.
Ta odpowiedź wyraźnie go usatysfakcjonowała, więc wziął ją na ręce, długo i porządnie całując, a przy tym robiąc nieustanie głupie miny, do szykujących się do odjazdu kolegów. Miała naprawdę ładne ciało. Nie łudził się, że to go zaspokoi, ale w końcu każdy sposób na nudę jest lepszy od samej nudy.
  Choć dobra. Tak w głębi serca te wszystkie panny trochę go przerażały. Traktował je często po prostu jak prostytutki, rano budząc, wyrzucając z mieszkania i nigdy nie proponując śniadania. I do prawdy odzyskałby odrobinkę wiary w ludzkość, gdyby w końcu któraś przypieprzyła mu z całej siły w twarz, zamiast na wszystko się godzić. Ale na to wyraźnie się nie zanosiło. Nie tej nocy.
- Poczekaj – szepnął podirytowany, widząc że dziewczyna zaczyna majstrować mu przy pasku od spodni – wrócimy na górę, zrobimy sobie jeszcze po drinku, a potem rozbierzemy się w bardziej cywilizowany sposób, co? – spytał. Nie żeby się jakoś szczególnie wstydził, ale naprawdę nie potrzebował zbytnio kolejnej afery obyczajowej, w postaci wścibskich sąsiadów, którzy zrobią mu roznegliżowane zdjęcia na klatce schodowej. Wystarczyło już, iż ona była prawie naga.
 Wstawał świt. Ptaki zaczynały śpiewać swoje poranne arie pomiędzy pokrytymi pąkami gałęziami drzew. Te pąki swoją drogą całkiem ładnie musiały pachnieć. I pewnie nawet by to poczuł, gdyby wraz z całym otoczeniem aż tak bardzo nie śmierdział wódką.
  Kurde. Serio ciekawe jak to musi być. Ściągać z kogoś ubrania powoli, bez pośpiechu. Uśmiechać się i znać na pamięć jedno, konkretne ciało, przy równoczesnym ciągłym pamiętaniu, że w tym ciele mieszka dusza, której nie wolno nadkruszyć czy poranić. A potem specjalnie wstawać rano o wczesnej porze, żeby przynieść do łóżka wybrance kawę i bułeczkę maślaną.
  Taka miłość się zdarzała. Naprawdę. Egzystowała w świecie wbrew wszelkim zasadom logiki i często aż nadmiernie wkurzała ten świat.
  I jego samego. Wtedy gdy przed laty nie potrafiąc być jej świadkiem, zajął się nią tak wybornie, że w gruncie rzeczy nie dało się już niczego pozbierać.
  A Ci co burzą nie zasługują na budowanie. Tyle w temacie.

W gruncie rzeczy powinien być teraz na mistrzostwach świata, świętując sukcesy chłopaków. Ale... Jakoś nie potrafił. Czuł się kłodą u nogi, utrudniającą ludziom odczuwanie radości. Więc zamiast pełnić rolę wiernego kibica, przedterminowo zwiał z Seefeld. Kochanie przyjaciół na odległość wychodziło mu dużo lepiej, plus co tu gadać, było o wiele wygodniejsze. Wolał wyładowywać frustrację, w towarzystwie, w którym uchodził za króla życia i gwiazdę każdej imprezy, niż przebywać tam gdzie ciepło i dobroć przypominały mu, iż ciągle posiada sumienie.
  Westchnął ostatni raz machając do odjeżdżającego, przepełnionego samochodu, po czym utkwił wzrok w światłach latarni, odbijających się w mrocznej tafli płynącej nieopodal rzeki.
  Szkoda tylko, że chwilę później błogi spokój budzącego się miasta, został trwałe zaburzony przez głośny huk, który spowodował ów nieszczęsny samochód, najpierw zbaczając z trasy, potem waląc w metalową barierkę, a na samym końcu wpadając do wody.
  I szkoda, że on sam przez dłuższą chwilę nie zwrócił na to uwagi.

Był zbyt pijany, żeby przestraszyć się hałasu.
A Mary rozpięła właśnie ostatni guzik w bluzce.


"pustka w moim życiu, pustka w moim umyśle,
puste łzy, którym nie potrafię zaprzeczyć,
czas schować całą dumę do kieszeni
i zostawić za sobą ten bałagan"
                              
_____________________________________________



To zaczynamy. Te pierwsze rozdziały, które mam wyszły takie melancholijno-pusto-filozoficzne. No ale potem naprawdę chwilę będzie sweet, hot and spicy, w końcu obiecałam. A macie po przykładzie mojej obietnicy, że nikogo nie zabiję (w poprzednim opowiadaniu, bo tu wolę nic na ten temat nie rzucać :P), dowód że dotrzymuję słowa.
No i cóż, nadal piszę i dobrze się bawię. Ciekawe kiedy nastąpi ta zgodna z naturalną kolejnością rzeczy blokada :P
Ale wiecie co? Chyba po przerwie znowu czuję w tym swoim pisaniu, coś takiego... Osobistego?

PS. Nie muszę mówić, że ewentualne komentarze działają dość motywująco, nie? Nawet króciutkie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz