"pustka w mojej głowie, pustka w moim łóżku
i w naszych snach, które okazały się złe,
no powiedz ludziom, że płaczesz przeze mnie,
powiedz, że bajka skończyła się źle"
Monachium, lipiec 2021
‘I wierzę, że jestem w stanie sprawić,
że już nie będzie tak bolało, że poczujesz się wreszcie szczęśliwy.’
Tamte patetyczne słowa brzęczą mi w ustach, niczym pociągany spust
pistoletu, przyłożonego do mojej głowy. Są zimne. Nie koją, ani nie leczą i
wiem, że z upływem czasu nie zaczną. Tak samo jak pusta butelka po wódce,
która z głośnym hukiem spadła właśnie z łóżka. Jest tylko jeden sposób,
żebym poczuła ulgę - tak zwany środek ostateczny, choć na dobrą
sprawę pewnie nawet on nie namówi moich warg żeby przestały machinalnie i
beznamiętnie powtarzać powyższe zdanie. Więc... Niech sobie powtarzają. Aż
do końca, skoro nie stać ich choćby na zwykłe 'przepraszam'.
Cóż. Przez cholerne dwadzieścia trzy lata swojego perfekcyjnego życia,
wierzyłam w niebywale wielką ilość rzeczy.
Jako mała dziewczynka dużo się modliłam. Lubiłam ufać w to, że Bóg
istnieje, choć lubienie Boga, to chyba bardziej objaw egocentryzmu i
braku szacunku, niż prawidłowe wyznawanie jakiejkolwiek religii.
No
ale ja serio go lubiłam. W sposób zupełnie szczery i prosty, choć jednocześnie
totalnie pozbawiony strachu czy respektu. Zaczynałam swoje dziecinne
litanie od słowa cześć, połączonego z machaniem rączką ku niebu, czy kolorowym
kościelnym witrażom.
I
cudownie było mieć pewność, że jest jakiś inny świat, wyższa siła, która tkwi
nad nami niczym ochronna płachta, dostarczając magicznego źródła wiecznych sił.
Śmieszne.
Modliłam się i czułam, iż to wystarczy, abym znalazła pod choinką wymarzoną
interaktywną lalkę. Ale też żeby rodzinnej kotki, która po raz kolejny uciekła
z domu, nie potrącił jakiś kretyński, przekraczający prędkość pirat
drogowy. I żeby babcia wyleczyła
rozwalone biodro, a mój głupi braciszek, żyjący pragnieniem skakania na dwóch
deskach, nie skończył ze złamanym karkiem.
Co
z tego wynikło? Kotka żyła osiemnaście lat. Zdążyłam się z nią jeszcze
wybawić, już po opuszczeniu Berlina i powrocie w rodzinne strony. Po drodze
kilka razy rodziła młode, roztyła się niemiłosiernie i zdecydowanie większość
swoich ziemskich dni przeleżała przed kominkiem, zamiast biegać po chaszczach
za szczurami. Ludzie mawiali, iż miała idealne geny i planowaliśmy nawet,
że po ślubie zabierzemy sobie do Monachium jednego z jej potomków.
Babci wszczepili protezę i znowu bezproblemowo chodziła ze mną do parku,
szyła mi sukienki na starej, przyjemnie klekoczącej maszynie czy piekła co rano
drożdżówki. A Richie cały i zdrowy rósł na regionalną gwiazdę, sprawiając że
wszystkie dzieciaki z okolicy chciały się ze mną kumplować.
Natomiast
ja? Ja w swoim małym móżdżku myślałam, że to dlatego, iż codziennie
wieczorem proszę Boga by miał naszą rodzinę w opiece.
Jakby głupie błagania naiwnej dziewczynki z piegowatymi policzkami, potrafiły
zatrzymać plany złego losu.
Fajnie.
Z kolei jako nastolatka pokładałam
absolutną pewność w nauce. Wydawało mi się to słusznym i naturalnym krokiem, na
drodze do kariery, którą mi wróżono. Żyłam pomiędzy nagrodami, dyplomami i paskami
na świadectwie. I chyba w gruncie rzeczy przestałam poszukiwać. Zaczęło
mi przeszkadzać banalne mieszkanie na wsi, krowy z podwórka i zatrzymujący się
u nas turyści, czy choćby proste, ludowe powiedzonka starszej części moich
krewnych. A wszystko co przeczytałam w podręcznikach, czy
przemądrzałych artykułach, które nie do końca potrafiłam zrozumieć, przyjmowałam
do serca jako prawdę. Wymusiłam nawet na Richim, żeby przemalował mi pokój na
szaro, bo przeczytałam gdzieś, że kobiety sukcesu lubią zimne i minimalistyczne
wnętrza. Zerwałam ze ściany wiszące przez kilka lat nad moim biurkiem karteczki
z pretensjonalnymi tekstami piosenek o złamanym sercu, po czym zastąpiłam je
napisami w stylu 'rusz dupę i jedź w świat'. A potem po prostu wyrytymi
czarnym flamastrem wyrazami 'BERLIN' i 'MEDYCYNA'.
Tak. Myślałam, że z dala od domu stanę się twarda jak skała. Że pozbędę
się wszystkich skrywanych lęków czy uczuć, o które nikt by mnie nie
podejrzewał. Że zostanę stateczną perfekcjonistką, jakże odmienną od ciepłej,
altruistycznej osoby, którą zapragnęłam się stać, w dniu gdy jako przedszkolak
wymarzyłam sobie zawód lekarza. I że przestanę do Ciebie wzdychać, bo to serio
było już śmieszne i szczeniackie.
Według pewnej mądrej książeczki kupionej na dziale 'rozwój i
psychologia' mój plan miał się ziścić w każdym calu. Właśnie tak powinna
zadziałać samodzielność na człowieka z typem osobowości, jaki podobno
reprezentowałam.
Z
tym, że specjaliści od mentalności pisząc swoje dzieło, wyraźnie niestety dali
dupy. Po dwóch latach rzuciłam genialne życie w stolicy w cholerę i
wróciłam. Żeby zatopić się w bezpiecznym rodzinnym gniazdku i żeby dać nam
szansę.
Najbardziej
i najdłużej wierzyłam chyba jednak w samą siebie. We własną siłę i upór. Bo co
z tego, że setki i miliony ludzi na czymś się przejechały? Lisa Freitag się
nie przejedzie. Lisa Freitag jest idealna, wszyscy tak mówią. Lisa Freitag ma
perfekcyjne ciało, a faceci oglądają się za nią na ulicy. Lisa Freitag pstryka palcami
i dostaje to czego akurat żąda. Lisa Freitag zawsze dopnie swego. Często nielegalnie
i nie do końca zgodnie z zasadami, ale przecież cel uświęca środki.
Takie proste, nieprawdaż? Tylko czemu w
takim razie znalazłam się tu gdzie się znalazłam? Bezwolna i gotowa na
wszystko, byle by tylko nie ponieść konsekwencji własnych czynów.
Czemu?
Odpowiada mi jedyne głuchy chlupot wody w
rurach kanalizacyjnych.
Tak. Powtórzę to. Wierzyłam w
życiu milionom rzeczy. Tak różnych, że można by z nich ułożyć najbardziej
wielobarwną mozaikę świata. Ale tamtego dnia przed ponad dwoma laty, na
gorącej i dzikiej azjatyckiej plaży gdy mówiłam Ci, że wierzę... Nie wierzyłam.
Ani odrobinę. Nie wierzyłam w odwracający się los.
Pamiętam ów wieczór doskonale, wiesz? Pamiętam Twoje zmęczone oczy,
które nagle rozbłysły, jakby ostatkiem sił. Pamiętam ożywczy podmuch wiatru i słony
posmak potu na Twojej szyi, zmieszanego z uciążliwymi drobinkami piasku. Nie
mogłeś przez to pieprzone kolano zmyć ich z siebie wskakując do wody, więc
zastygły tak w miejscu, czekając aby parę godzin później przenieść się na moje
usta.
Powiedziałam,
że sprawię, iż będziesz szczęśliwy, gdyż chyba aż za bardzo chciałam
nakarmić Cię nadzieją. Bo przecież na tym polega miłość. Na dawaniu
drugiej osobie rzeczy, których nie ma się samemu, choć w klasycznej wersji
tego powiedzenia chodzi raczej o coś namacalnego w stylu chleba czy zupy, a nie
o górnolotne i niezdefiniowane uczucia.
Jezu...
Może łatwiej by mi się teraz oddychało, gdybyśmy w tamtym momencie byli pijani.
Wtedy wszystko można by uznać za połowiczne i niepewne. Ale nie. Szliśmy na
cholernie wysoki szczyt. Jasne, że bez zabezpieczeń i w przysłowiowych klapkach,
jednak doskonale wiedzieliśmy co robimy. Wino pojawiło się w naszych
dłoniach dopiero po trudnych wyznaniach, gdy nie miałam już na sobie
przemoczonego kostiumu kąpielowego, a ból Twojego feralnego kolana nie stanowił
bynajmniej jedynego powodu by krzyczeć.
Ocieram
pojedynczą łzę, bo od dwóch lat, zawsze gdy przypominałam sobie ów wieczór
czułam przyjemny dreszcz, zabijający we mnie strach, czy choćby banalne,
codzienne zwątpienie. Aż do teraz. Bo teraz nie czuję nic. Wypełnia mnie
wszechobecna pustka, a ja totalnie jej ulegam.
Mówiłam
Ci, że wierzę, bo najważniejsze było żebyś Ty uwierzył. I uwierzyłeś. I
zbudowaliśmy coś, co w przypadku innych ludzi naprawdę mogłoby się udać.
Los na chwilę nam odpuścił. Pozwolił na urządzanie mieszkania, plany,
marzenia, bredzącego Wanka, który uparł się, że to on wybierze mi krój białej
sukienki... Pozwolił, tylko po to, by na koniec rozpieprzyć naszą nową
rzeczywistość ze zdwojoną mocą. By zadziałać akurat w momencie, w którym z tych
lat życia w fałszu, wreszcie narodziła się szczera, najszczersza prawda. Bo
tak. Osobno byliśmy parszywie sztuczni, zblazowani i schematyczni. Ale nasza
miłość, choć może niezbyt romantyczna, była najprawdziwsza. Była po prostu
doskonała. I naprawdę sprawiała, że czułam się piękna. W ten cudowny
sposób, który pokazuje światu, że piękno wcale nie musi iść w parze z
idealnością.
Nigdy nie należałam do osób robiących sobie często rachunek sumienia. Żyłam
z dnia na dzień i jeżeli za coś się karałam to co najwyżej za zjedzenie zbyt
dużej liczby kalorii czy pominięcie jakiegoś akapitu w podręczniku. Ale tym
razem wiem doskonale, że przeholowałam. I że kolejny raz karma zwyczajnie nie
mogła ominąć mnie szerokim łukiem.
Tylko do jasnej cholery czemu nie ominęła też mojej biednej rodziny,
która nie zrobiła dosłownie nic złego, a której zafundowałam kolejną potencjalną
tragedię, nie myśląc nawet o fakcie, iż jedną przecież już przeszła? I dlaczego
nie ominęła Ciebie, mimo że z nawiązką odpokutowałeś już wszystkie popełnione
błędy? Dlaczego pozwoliła Ci uwierzyć, że totalnie zwariowałeś? Dlaczego ja Ci
na to pozwoliłam? Naprawdę nie domyśliłam się o co chodzi w tej zrypanej
intrydze, czy też podświadomie chroniłam się Twoim kosztem?
Powiedz
mi. Czy po tym wszystkim kocham Cię ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Rury zamilkły.
Rozpylam w powietrzu swoje ulubione
cytrusowe perfumy, które w Twoim mniemaniu zawsze pachniały banalną gruszką,
a nie pomarańczą czy limonką. I zużywam tak chyba z pół flakonu, bo
potrzebuję tego znajomego zapachu. Potrzebuję czegoś co było ze mną od dawna. Czegokolwiek.
Nie
jestem Tobą. Nie umiem się stawiać losowi i przyznawać światu do własnych
grzechów. Umiem tylko uciekać. Nawet gdy w grę wchodzi jedynie ucieczka w
przepaść.
Na ślepo przesuwam dłoń po komodzie, szukając znajomego kształtu, po
czym zamykam oczy, sycząc z bólu.
Widać
ciągle doskonale pamiętam jak to się robiło.
~~***~~
"Kolejna noc, a ja krwawię,
wszyscy popełniają błędy i my także,
ale czasem zrobisz coś, czego nigdy nie da się naprawić"
"Kolejna noc, a ja krwawię,
wszyscy popełniają błędy i my także,
ale czasem zrobisz coś, czego nigdy nie da się naprawić"
Pyeongchang, luty 2018
- Złotym medalistą i mistrzem olimpijskim
zostaje...
Spiker zdążył podać ten komunikat w
trzech językach, z których Andreas znał przecież aż dwa. Ale w gruncie rzeczy
nic do niego nie docierało, zupełnie jak gdyby głos w megafonie przemawiał po
chińsku. Skupił się wyłącznie na tym, że oddychał. Tak. Od momentu, w
którym ostatni uczestnik tego feralnego, dość śmiesznego i trwającego rekordowo
długo konkursu, wylądował na zeskoku, oddychał. Głęboko i rytmicznie. Zupełnie
jak człowiek przez lata podłączony do respiratora, gdy pewnego pięknego dnia,
dzięki przeszczepowi, otrzyma nowe płuca.
Nagle nie miało znaczenia jak bardzo się nienawidził i z jakim
obrzydzeniem od czterech lat spoglądał każdego ranka w lustro. Nie miało
znaczenia, że jeszcze chwilę wcześniej wolałby zająć pięćdziesiąte miejsce w konkursie,
niż nosić swoje imię i nazwisko. Nie miały znaczenia wszystkie blizny, zarówno
te niewidzialne, jak i zupełnie realne i ze wstydem chowane pod rękawami
kombinezonu.
Wyłączył własny, skrzywiony przez przeszłość wzrok i patrzył na siebie
oczami zgromadzonego na stadionie tłumu. A co mógł dojrzeć ów tłum? Jedynie
chłopaka, który pracował dzień w dzień, żeby w cholernie młodym wieku wedrzeć
się na szczyt. Godziny trudu, potu, wyrzeczeń i ponaciąganych na siłowni
mięśni. Radosną, sympatyczną twarz, która uśmiecha się do kibiców, wręcza
kwiaty jakiejś rozanielonej fance i cierpliwie robi sobie zdjęcia z dziećmi.
Kimś
takim zawsze chciał być. Nie wyjątkowym, ale prostym, uczciwym i odbierającym
zasłużoną zapłatę.
A
jednocześnie wiedział, że ów magiczny stan długo nie potrwa. Powracając do medycznych
porównań, przecież przeszczep płuc dość rzadko się przyjmuje, dużo częściej
po chwilowej poprawie, organizm najzwyczajniej w świecie odrzuca nowy narząd. I
znowu trzeba pogodzić się z rurkami, maskami tlenowymi czy innymi parszywymi metodami
sztucznego wspomagania. Z jedną różnicą. Z tą, że cierpi się jeszcze ze
sto razy mocniej. Bo przypomniało się sobie jak cudownie jest samodzielnie
oddychać i jak wielki dar stanowi każdy łyk powietrza.
Więc
korzystał póki mógł. Znalazł się w swoim, zupełnie oddzielonym od
rzeczywistości wymiarze i nie zwracał uwagi na wiwatujących rodaków,
ściskających go nieustannie kolegów z drużyny, czy choćby Wanka, który z pół
godziny płakał mu ze wzruszenia do telefonu. Nie pamiętał nawet słów
narodowego hymnu, bezwładnie poruszając jedynie wargami podczas ceremonii. Adrenalina
zupełnie nim zawładnęła i poczuł, że po prostu ma prawo się jej poddać,
zanim do głosu znowu dojdzie ten wredny, mały demon, siedzący mu w duszy i
przypominający, iż w gruncie rzeczy nie ma prawa do życia. Nie po tym jak
doszczętnie zdemolował czyjeś.
Cóż.
Przez kilka godzin liczył się tylko on sam i równomierne, głębokie oddechy. Łapczywe
zaczerpnięcie powietrza, zmrużone powieki, wiatr zaczerwieniający policzki... A
potem delikatny, pełen ulgi wydech i unoszące się w subtelnym, ale naprawdę
szczerym uśmiechu kąciki ust.
Gdyby na tym zakończył, nie byłoby wcale tak źle. Nakarmiłby się na
zapas niesamowitą porcją energii, napatrzył na łzy wzruszenia w oczach
wszystkich tych, którym pragnął dawać szczęście, zamiast nieustannego bólu i
troski, sprzedał złoty krążek na jakiejś akcji charytatywnej... A potem
wrócił do swojego egzystowania za karę. Do życia, które owszem, niosło momentami
satysfakcję i poczucie, że jego decyzje są najzwyczajniej w świecie słuszne. Ale
które nie miało nic wspólnego ze spełnieniem.
No tyle, że tak się nie stało. Bo ta malutka dawka endorfin, którą
dzięki niespodziewanemu sukcesowi wpuścił do swojego serca, przemieniła
rzeczywistość w jakąś totalną krainę amoku. Nagle odechciało mu się po
prostu chłonąć chwilę. Chciał tą chwilę za wszelką cenę przedłużyć.
Pech zadecydował, że prosto z medalowej dekoracji, zgodnie z naturalną
koleją rzeczy poszli na pieprzoną imprezę. A on nie poprzestał na tradycyjnym
oblewaniu się szampanem czy jednym piwie. Odizolował się od kumpli,
wybierając wieczór przy barze, w towarzystwie wódki. Bo podobno wódka potęguje
euforię.
Przez poprzednie lata generalnie mało pił. Czasem wieczorami
nalewali sobie z chłopakami po kieliszku, szczególnie gdy w kadrze
doszło już do małych przetasowań i wypełniło ją towarzystwo kompletnie pozbawione
wiedzy o tym co rozsadza mu duszę. Ale z reguły wolał unikać alkoholu. Tak
w imię zasady, że na dnie też ma się wybór. I że zamiast dodatkowo grzebać
się w mule czy piachu, można stać na grząskiej, brudnej powierzchni z
podniesioną głową. Na baczność i w pełni świadomie.
- Jeszcze jedną butelkę – wymamrotał w
kierunku barmanki łamaną angielszczyzną. Bał się tak bardzo, tego co poczuje
gdy wytrzeźwieje, że nie wystarczało zamówienie kolejnego kieliszka, żeby na
moment odsunąć od siebie ów strach. Potrzebne było o wiele więcej lodowatego
szkła, z kojącą, choć na dłuższą metę zabójczą zawartością.
- Złoty chłopiec wyraźnie za dużo myśli,
a zbyt mało świętuje.
O dziwo zapamiętał wygląd tej
dziewczyny. Miała różową czapkę z flagą Kanady, snowboardową kurtkę i
wyjątkowo niepasujące do jej sportowego stroju, pomalowane na czerwono usta.
Pachniała cholernie mocnymi, użytymi wręcz w nadmiarze perfumami, od których dość
szybko zakręciło mu się w głowie. Czyli idealnie wtopiła się w klimat tamtego
wieczoru. I chyba miała na imię Stacy. Albo Clara, bo szczerze mówiąc mimo charakterystycznej
urody i zapachu, dość mocno zlała mu się potem w głowie, z amerykańską
łyżwiarką, którą poznał dwa dni później.
- Mogę się Tobą zaopiekować – rzuciła
bezwstydnie, by po chwili bez zawahania zapleść mu dłonie na szyi.
Przez
moment zaniemówił. Bo o ile z alkoholu korzystał sporadycznie... O tyle
zupełnie zapomniał o aspekcie życia jaki stanowiły kobiety. Nie potrafił choćby
spojrzeć jakiejś w oczy, żeby nie przypomnieć sobie tamtej tragicznej w
skutkach nocy. Nocy, która zapoczątkowała niekończącą się spiralę zdrady,
niepewności i wreszcie śmierci.
Jasne, liczył, że kiedyś wszystko się zmieni i że zdarzy się iście
bajkowy cud. Ale w gruncie rzeczy pogodził się już z uporczywą, choć bezpieczną
samotnością. Tak na amen.
Clara łamana przez Stacy miała jednak
cholernie beznamiętnie, puste usta. Całowała go, mimo że nawet się jeszcze nie
przedstawiła, jednocześnie mocno zaciskając palce na ciążącym, złotym krążku
zwisającym mu z szyi. I co najważniejsze... Była po prostu totalnym
przeciwieństwem tamtego momentu. Marnym, ulotnym i niemogącym nikomu
sprawić krzywdy. Inaczej mówiąc... Była definicją przygody na kilka
godzin. A on wyjątkowo nie chciał obudzić się zupełnie sam, na tak
przerażającym kacu.
Wódka albo seks. Wybór w stylu kokaina czy heroina. Niby o wiele
mniej szkodliwy, ale w gruncie rzeczy nawet nie planował wybierać. Jedno nie
wykluczało przecież drugiego.
- Nie masz narzeczonego? – spytał nieprzytomnie,
próbując dostosować się do jej tempa pocałunków.
- Słucham? – wybuchła głośnym śmiechem –
wyglądam na tak starą, żeby być zaręczona? – odkleiła się na moment od jego
ust, by po kilku sekundach wrócić do wcześniejszego zajęcia ze zdwojoną mocą – powinnam
się obrazić. Ale jesteś za ładny, więc chyba nie chce mi się obrażać.
Ten
medal naprawdę musiał ją kręcić. Bo na pewno nie kręcił jej on sam. Miał
rozwiane włosy, poplamioną, spoconą koszulkę i w gruncie rzeczy nie musiał
nawet trzeźwieć, żeby wiedzieć jak paskudnie śmierdzi.
- Zabawisz się ze mną lepiej niż z tą
cholerną butelką – mruknęła kusząco – to jak panie zwycięzco, wychodzimy?
Zdecydowanie łatwiej udawało mu się obłaskawiać codzienność bez tytułu
mistrza olimpijskiego.
- Wychodzimy.
Na bolącą głowę można było wziąć paracetamol,
a wymioty szło przeczekać w łazience. Ale tamtego palącego ognia, który
następnego ranka towarzyszył kacowi, nie dało się zagłuszyć w żaden sposób. Czas
się cofnął i miał wrażenie, że w nocy znowu śnił mu się koszmar. I znowu
był luty. Z tym, iż luty dwa tysiące czternastego.
Zazdrościł Kanadyjce o niepotwierdzonej tożsamości. Bawiła się o świcie
równie dobrze co po zmroku. Nieskrępowana jego obecnością, paradowała owinięta
jedynie w ręcznik po pokoju, gadając przez telefon z jakąś koleżanką. A potem
jęczała, żeby pomógł jej zapiąć klamerkę w staniku.
Ona
po prostu chciała tak żyć. I lubiła. Tymczasem on? On uciekał. W
najbanalniejszy z możliwych sposobów.
Dobrała się do jego komórki, instalując mu na w systemie popularną
aplikację randkową z tekstem sugerującym, że może znów się na siebie natkną. Natknęli.
Kilka godzin później, gdy na konferencji prasowej przeglądał zdjęcia
nieznajomych, bo musiał czymś zająć swój pękający łeb, a słuchanie Schustera
gadającego o jego pozycji najazdowej nijak się do tego nadawało. Wysłała mu
parę serduszek i pikantnych wiadomości, ale nie odpowiedział na żadną. Była
wydarzeniem minionym, cóż z tego, że pochodzącym sprzed paru godzin? A
wydarzenia minione mają do siebie to, że człowiek rozbiera pod ich wpływem
przeszłość na czynniki pierwsze. Wyciągając to co najbardziej brudne i ciążące.
Więc zamiast jej odpisać, znalazł tą Amerykankę, z którą potem mu się myliła.
I Katię ze Szwecji. I wódkę. I Anges czy tam Susanne, albo raczej
zgodnie z prawdą jedną i drugą. A po powrocie do Niemiec Julię i Klarę.
I
jeszcze więcej wódki.
Kilka lat pracy nad sobą, nauki
codzienności i prób zaakceptowania własnej, pomylonej osoby. Morze troski,
współczucia, wybaczenia i wszystkiego co niezasłużenie dostał. Wiara, nadzieja,
tudzież miliony gatunków szczerej miłości, dużo bardziej sensownych od tego
erotycznego.
Spieprzył
to właściwie w jedną noc. I mury obojętności runęły mu na głowę.
Ale może tak musiało być? Może nie da
się budować niczego na zgliszczach spalonych miast?
A może naprawdę piękne fundamenty w istocie są niezniszczalne?
Z tym, że nie akceptują gdy ktoś
próbuje je wykorzystać do stworzenia prowizorycznej fuszerki.
~~***~~
"nie możemy wypłakać tego bólu
nie możemy znaleźć potrzeby, by się zatrzymać
powoli zrozumiałem, że nic nie stoi po naszej stronie"
"nie możemy wypłakać tego bólu
nie możemy znaleźć potrzeby, by się zatrzymać
powoli zrozumiałem, że nic nie stoi po naszej stronie"
Styczeń 2019
Na dłuższą metę nie da się brać bez
dawania. Nie da się cieszyć bez wysiłku. Życie na Ziemi jest jak torba na
zakupy. Z pozoru materiałowa i lekka, potrafi w istocie udźwignąć ogromne
ciężary. Ale ma swoją wytrzymałość. I gdy przegniemy, najpierw robi się w
niej mała dziurka, przez którą wypadają głupie morele czy śliwki. A potem? Potem
pęka sedno konstrukcji. Pęka sprawiając, że cała zawartość ląduje na ulicy i
możemy co najwyżej obstawiać, ile zdąży poleżeć, zanim nie rozgniecie jej
ciężarówka.
Cóż. Jego karierę z całą pewnością już rozgniotły. Co najmniej ze
trzy tiry. I do nikogo nie miał o to żalu. Nikt nie kazał mu pić, opuszczać
treningów czy spędzać nocy w losowo dobranych klubach, w towarzystwie
przypadkowych imprezowiczy. Z jakiegoś powodu to wszystko pomagało mu się
wyłączyć, więc się poddał. Uległ własnemu umysłowi, sprawiając, że dni bezboleśnie
zlewały mu się w tygodnie, a te z kolei w miesiące.
Jego
wybór. Jego głupota, jego decyzje i jego strata. Czym się tu do cholery jasnej
było podniecać? Nie był ani pierwszym ani ostatnim w dziejach świata
sportowcem, który nie udźwignął sukcesu i rzucił się w wir pustej rozrywki.
Szkoda tylko, że cała masa nic o nim niewiedzących ludzi, miała na ten
temat zgoła przeciwną opinię. Tak jak genialny sztab szkoleniowy, który prawił
mu nieustanne kazania, wymuszając na nim jednocześnie kolejne wizyty u psychologów.
Doprawdy
żałował, że nikt nie podjął takich kroków owe pięć lat temu. Wtedy może
faktycznie tego typu tanie bajery mogłyby mu pomóc, zatrzymując karuzelę
nieszczęść, zanim doszło do wybuchu.
- Twoje otoczenie uważa, że masz depresję
– jakaś wkurzająca kobieta w niebieskim żakiecie spojrzała mu głęboko w oczy. Jeszcze
tydzień wcześniej na jej miejscu siedział facet z wąsem. A wcześniej niska,
przysadzista staruszka. Tych wszystkich genialnych terapeutów cholernie
łatwo było namówić do przysłowiowego wywieszenia białej flagi i rezygnacji. I
wbrew pozorom wcale nie wymagało to agresji, kopania stołków, plucia, czy
rzucania wulgaryzmami. Wystarczyło konsekwentnie i stanowczym głosem
odmawiać współpracy. Wygłaszać zdawkowe, cyniczne, durne ale zarazem wyjątkowo
trzeźwe uwagi, jednocześnie pilnując by ani na moment nie otworzyć duszy.
- Obraża pani ludzi z depresją –
powiedział spokojnie – Ci ludzie cierpią. Nie wstają z łóżka i myślą tylko
jakby tu sprzątnąć się z tego świata – mimowolnie odwrócił głowę, aby ukryć
lekkie drżenie warg, towarzyszące wzmiance o tym, jak czasem bardzo chce się
umrzeć – ale specjaliści zamiast im pomóc, wolą maltretować zdrowych, młodych facetów,
którzy mają życie jak w Madrycie – wzruszył ramionami – i ciekawe czemu? Może
dlatego, że tym naprawdę chorym wcale a wcale nie potrafilibyście pomóc?
Zachowywał
się po prostu po chamsku. Ale tylko to mogło sprawić, że związek przestanie
zmuszać go do wizyt u kolejnych 'mądrych osób, które pomogą mu odnaleźć
właściwą ścieżkę'.
- Za co Ty się tak nienawidzisz – kobieta
za wszelką cenę planowała chyba dowieść swoich racji.
- Może jestem kryminalistą? – zaczął
bawić się, wbijając paznokcie w liście kwiatka stojącego na parapecie. Palce
wybrudziły mu się całe zielonym barwnikiem. Ciekawe czy taka roślinka mogła
czuć. Czy jęczała w niesłyszalny sposób z bólu, gdy ktoś z nudy odrywał sobie od
niej kolejne elementy. A może faktycznie została wyróżniona przez los
całkowitym brakiem reakcji na bodźce?
Ostatnio coraz częściej łapał się na myśleniu o pierdołach. O
emocjach mrówek, drzewek czy kierunku w jakim tłuszcz rozlewa się po patelni. Byle
uniknąć wszystkiego co zahacza o człowieczeństwo – a kryminaliści chyba nie
powinni za sobą przepadać – parsknął sztucznym śmiechem.
A w
gruncie rzeczy to wcale nie było śmieszne. Równie dobrze mógłby teraz siedzieć
sobie w więzieniu. Jeszcze przez długie lata, bo za tego typu sprawki nie
dostawało się raczej wyroków w zawiasach.
Mógłby. I nikt specjalnie by przez ów fakt nie ucierpiał. No,
może poza pannami, których życie byłoby uboższe o jedną namiętną noc.
- Mówisz o stracie prawa jazdy? – babka
zaczęła coś notować w tych swoich żenująco starannie prowadzonych zeszycikach
ze zdobionymi marginesami – jazda po pijanemu nie stanowi powodu do dumy, ale to
jeszcze nie jest kryminał. Przecież nikogo nie okradłeś, nie zgwałciłeś, ani
nie zabiłeś.
- W żadnej z tych kwestii nie mam
stuprocentowej pewności – wypalił ponuro. Na szczęście wyszło mu to z ust w
tak szybki i bezmyślny sposób, że specjalistka od siedmiu boleści zignorowała
jego wyznanie, uznając je widać, za kolejny cyniczny i wyjątkowo nieudany żarcik.
Zabawne. Ale chciałby, żeby największym przestępstwem, jakiego dopuścił
się w życiu, był ów nocny rajd po działkowych ogródkach z zeszłej jesieni, który
sprawił, iż przez najbliższe trzy lata, przynajmniej oficjalnie, nie
mógł usiąść za kółkiem.
Spuścił
głowę, ze znudzeniem zatapiając wzrok w ekranie brzęczącego telefonu. Pisała
wysportowana brunetka, dorabiająca sobie w piekarni, nieopodal jego mieszkania.
Flirtował z nią od kilku dni, codziennie rano, gdy wpadał po zaleczającą kaca
kawę. Była ładna, nieskomplikowana i co najważniejsze mieszkała w Monachium
jedynie tymczasowo, w ramach jakiejś wymiany studenckiej. Robiła mu serduszka z
kakaowej pianki i wręczała multum kuponów zniżkowych, coraz wyraźniej
sugerując, że obejrzałaby z chęcią kwiatki w jego sypialni.
Nie
miał kwiatków w sypialni. I laska pewnie dobrze o tym wiedziała, ale czego to
się w końcu nie robi dla zachowania pozorów.
- Nazywa się Vanessa i poprawi mi dziś
humor o wiele lepiej niż pani – rzucił bezwstydnie, machając kobiecie komórką
przed nosem – mogę już iść?
Pewnie,
że mógł. Ładna, sprzedająca się buzia, w połączeniu z tym parszywym złotym
krążkiem sprawiły, że w gruncie rzeczy mógł robić co tylko zechciał. I chyba
w tym właśnie tkwił problem.
Spojrzał
na akwarium pełne złotych rybek, które stało na stoliku w gabinecie. Ciekawe
czy rybki miały słuch. Jeżeli tak, to pewnie zdychały już od tych dźwięków ciągłego
jęku i szlochu. Przerażające było jak ludzie szybko otwierali się przed kosztującymi
ich krocie specjalistami. Wyciągali najintymniejsze sekrety, bolesne
rozstania czy życiowe porażki. I po jaką cholerę? Serio wystarczało im
stwierdzenie w stylu 'dołożyłem wszelkich starań, aby poczuć się lepiej', żeby
uspokoić sumienie i ze spokojem zgasić resztki nadziei na szczęśliwe jutro?
Pomachał tęczowym stworkom, stukając w szklaną szybę. Dzięki
niemu przynajmniej na godzinę, odpoczęły od klimatów tragedii i zagubienia. Fundnął
im w zamian coś innego – szybką i skuteczną lekcję na temat tego, jak osiągnąć
szczyty bezczelności w piętnaście minut.
Cóż. Nawet własna matka z trudem już na niego patrzyła. Zrażał do siebie
ludzi w tempie szybszym niż to, w którym Wank pochłaniał pojemnik keczupu.
Wanki. Jego poczciwy imiennik, który
każdego ranka rzucał mu do słuchawki, pomiędzy pytaniem o to czy oddycha, a
martwieniem się pustkami w jego kuchni, że się za niego modli.
Jeżeli jeszcze kogoś kochał, tak szczerze i nie na jedną noc, to byli to
jego przyjaciele. Kochał ich za wiele poważnych rzeczy. Za to, że nie
pozwolili mu się sprzątnąć ze świata wtedy gdy miał na to zdecydowanie zbyt
wielką ochotę. Za to, że nie przeszkadzało im o dziwo wcale, iż za swoją dobroć
i troskę, niezbyt często otrzymują coś w zamian. Za odbieranie go z komisariatu
policji, po próbach zabawy w pirata drogowego. I za to, iż czując, że ma
jakiś dług wdzięczności do spłacenia, starał się (pomijając okres od Korei
włącznie) żyć niczym przyzwoity człowiek.
Ale w tamtym czasie najbardziej kochał ich za zrozumienie jego debilizmu.
Za to, że choć ciągle dostępni i gotowi aby pogadać, podwieść go na trening lub
(w przypadku Wanka) zapełnić mu lodówkę kiełbasą, pozwalali mu
głupkowato szaleć. I w przeciwieństwie do całego świata, trenerów czy rodziny, rozumieli
bez słów prosty komunikat w stylu duszę się. Nie rzucali umoralniających
gadek o niszczeniu sobie życia i schodzeniu na zgubną drogę. Bo
przecież po prostu wiedzieli. Wiedzieli, że on doskonale rozumie, co
jest dobre a co złe. Że nie zatracił wcale granicy pomiędzy tymi dwoma
pojęciami i pojmuje po której stronie aktualnie balansuje.
Wierzyli
w niego. Więc dzięki tej wierze on też wierzył, iż w końcu znowu się ogarnie.
Ale jeszcze nie teraz. Teraz nie miał
siły.
Lub jeśli ktoś wolał, to musiał
najpierw przespać się z Vanessą z kawiarni.
~~***~~
"nie możemy wypłakać tego bólu,
nie możemy znaleźć powodu, by się zatrzymać,
nie ma więcej królików z kapelusza by wszystko naprawić"
Śnieg zaczynał topnieć, a spod jego
ostatnich grudek, na świat wyglądały już pierwsze pierwiosnki i przebiśniegi. Z
początku nieśmiałe i eteryczne, z biegiem czasu coraz śmielej pięły się w górę,
informując zimę, iż pora wreszcie odejść i ustąpić miejsca kolorowej wiośnie. Podobno
tętniącej wiarą, nadzieją i miłością.
Ciemnowłosa Vanessa, która oglądała jego sypialnię przez cały
tydzień, widać niezaspokojona jedną nocą, dawno wróciła do swojej wioski
pod Hamburgiem czy też innym Dreznem. Gadała mu nieustannie o rodzinnych
stronach, ale nie miał zbytniej ochoty przetwarzać sobie w mózgu tej paplaniny.
Jej miejsce w kawiarni na rogu, zajęła inna baristka. Tęga, przysadzista,
niedbale pakująca croissanty i samym wyglądem sugerująca Andreasowi, że
najwyższy czas, aby zainwestował we własny ekspres do kawy.
Zresztą
zgodnie z prawdą nie szczególnie chciało mu się pić. Ani jeść. Mimo
ograniczenia treningów do minimum, schudł z pięć kilo, a widok pełnej lodówki
co najwyżej przyprawiał go o mdłości.
Swoją
drogą ostatnio dosłownie wszystko
przyprawiało go o mdłości. Pory roku mogły się przeplatać, a ludzie w około
przeprowadzać, żenić i umierać. Ale on ewidentnie stanął w miejscu. Tak
uparcie, że zaczynał serio mieć wątpliwości czy jeszcze żyje. I nie. Nadal
się nie ogarnął.
- Może wezwę wam taksówkę, co?
Na w pół przytomny oparł się o ławkę
przed blokiem, ze sztucznym uśmiechem patrząc na swoich znajomych, którzy po
pijaku ładowali się w dziewięć osób do małego, osobowego samochodu.
- Stać mnie, a prowadzenie w tym stanie
jest niebezpieczne – pomachał towarzystwu przed nosem posrebrzaną kartą
kredytową – mogę nawet każdemu zamówić osobną.
- Z butelką szampana gratis? – zażartował
jakiś głos z tłumu.
- Jasne. Szampan, whisky czy co tam
chcecie.
Rzucił to obojętnym tonem, niczym jakiś mdły potentat finansowy. Nie
wiedział czemu nieustannie chełpi się tak cholerną gotówką, przed ludźmi, których
imiona ciągle mu się myliły. Ale chyba po prostu chciał, żeby ktoś nieustannie
z nim był i imprezował. Bez pytań o przyszłość, bez rozmów o uczuciach, bez
jakiejkolwiek głębi... A skoro głupie wejściówki do elitarnych klubów i
najdroższy alkohol mogły mu to zapewnić... To czemu miał nie skorzystać?
Niemcy chwaliły się na cały świat tym swoim cudownym systemem
prawno-finansowo-socjalnym. Ale coś jednak poszło im nie tak. Tysiące
obywateli wstawało codziennie rano do pracy, nie mając czasu żeby przyrządzić własnym
dzieciom zwykłej, durnej owsianki na śniadanie. Pocili się, męczyli, wracali do
domu sfrustrowani, a potem i tak sporą część zarobków musieli oddać w ramach
podatku. I po co? Po to by on, za te publiczne pieniądze, z których z
racji jednego, pieprzonego krążka mógł korzystać do końca życia, urządzał
wkurzające balangi, których finałem było zwykle wzywanie straży miejskiej przez
sąsiadkę. Do czasu, gdyż ostatnio chyba nawet z tego już zrezygnowała. Straż
miejska też nie mogła mu nic zrobić. Z diabelskim uśmieszkiem płacił mandaty za
zakłócenie ciszy nocnej, po czym wracał do zabawy. A kobieta z na przeciwka
musiała znaleźć inny niż dzwonienie po służby sposób na zapewnienie swoim pociechom
warunków do spokojnego snu.
Cóż. Z dnia na dzień coraz bardziej zachowywał się jak rasowy skończony
skurwiel. Albo się nie zachowywał. Pewnie po prostu wbrew opiniom
wszystkich, którzy jeszcze w niego wierzyli taki był.
- Osiem osób łatwiej wciśnie się do małego autka niż dziewięć, co nie?
- Hmm? – spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na stojącą obok niego pannę,
która chyba musiała wyskoczyć z bagażnika. Widział ją tej nocy po raz pierwszy
w życiu, więc pewnie jeden z jego kumpli musiał ją do niego przyprowadzić.
- Byłoby więcej miejsca, jakbym mogła zostać na noc – zamrugała oczami –
Lara mówi, że masz wygodne łóżko.
Za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć kim jest Lara, ale widać jego
pościel stała się już dość popularnym tematem w gronie ładnych, monachijskich
imprezowiczek.
Smutny był fakt, że nie dawał
nic z siebie, a i tak na dobrą sprawę te laski dostawały od niego wszystko czego sobie życzyły. I aż
czasem, w tych bardziej trzeźwych momentach życia, zastanawiał się czy
serio cała pula ich pragnień ograniczała się do udanego seksu, bo cóż innego
mogły widzieć w jego do bólu schematycznej sypialni, z dawno już
nieodświeżanymi ścianami i wypadającymi z szafy bokserkami? Chyba, że...
Chyba, że było wręcz na
odwrót. Może w momencie, w którym było im wyjątkowo dobrze, zamykały oczy i
wyobrażały sobie, że to nie jest tylko przygoda na jedną noc, że leży przy nich
jakiś wyimaginowany, ciepły człowiek, stanowiący oazę bezpieczeństwa? Że po
wszystkim będą mogły się mocno przytulić, wyrzucając z duszy codzienny lęk?
Jeżeli owa druga opcja była
poprawna to musiał się którejś spytać jak to robiły. Takie mrzonki o
miłości raz na jakiś czas... Serio musiały smakować całkiem fajnie. Bo
przecież ‘fajnie' nie musi znaczyć ‘realnie'.
- Maria, tak? – mruknął do swojej towarzyszki na następne godziny, jednocześnie
ściskając przypadkowych kumpli na pożegnanie.
- Mary. Jestem Angielką – odparła, jakby do cholery akcent, z którym wymówi
się jej imię był najważniejszym problemem świata, przebijającym swoją
doniosłością głód, wojny i cierpienie.
- Mary. Jutro o dwunastej gra Bayern Monachium.
- I co z tego? – wzruszyła rozbawiona ramionami, wyraźnie nie rozumiejąc
aluzji.
- Lubię oglądać mecze sam – odparował bezczelnie – na własnej kanapie i
z piwem w ręku.
- Mogłeś tak od razu – szepnęła spokojnie, rozpinając jednocześnie pomimo
panującego na dworze chłodu, jeden z guzików w bluzce – jasne. Jak otworzysz
oczy to już mnie nie będzie.
Ta odpowiedź wyraźnie go usatysfakcjonowała, więc wziął ją na ręce,
długo i porządnie całując, a przy tym robiąc nieustanie głupie miny, do
szykujących się do odjazdu kolegów. Miała naprawdę ładne ciało. Nie
łudził się, że to go zaspokoi, ale w końcu każdy sposób na nudę jest lepszy od
samej nudy.
Choć dobra. Tak w głębi serca
te wszystkie panny trochę go przerażały. Traktował je często po prostu jak
prostytutki, rano budząc, wyrzucając z mieszkania i nigdy nie proponując
śniadania. I do prawdy odzyskałby odrobinkę wiary w ludzkość, gdyby w końcu
któraś przypieprzyła mu z całej siły w twarz, zamiast na wszystko się godzić.
Ale na to wyraźnie się nie zanosiło. Nie tej nocy.
- Poczekaj – szepnął podirytowany, widząc że dziewczyna zaczyna
majstrować mu przy pasku od spodni – wrócimy na górę, zrobimy sobie jeszcze po
drinku, a potem rozbierzemy się w bardziej cywilizowany sposób, co? – spytał. Nie
żeby się jakoś szczególnie wstydził, ale naprawdę nie potrzebował zbytnio
kolejnej afery obyczajowej, w postaci wścibskich sąsiadów, którzy zrobią mu roznegliżowane
zdjęcia na klatce schodowej. Wystarczyło już, iż ona była prawie naga.
Wstawał świt. Ptaki zaczynały śpiewać
swoje poranne arie pomiędzy pokrytymi pąkami gałęziami drzew. Te pąki swoją
drogą całkiem ładnie musiały pachnieć. I pewnie nawet by to poczuł, gdyby
wraz z całym otoczeniem aż tak bardzo nie śmierdział wódką.
Kurde. Serio ciekawe jak to musi
być. Ściągać z kogoś ubrania powoli, bez pośpiechu. Uśmiechać się i znać na
pamięć jedno, konkretne ciało, przy równoczesnym ciągłym pamiętaniu, że w tym
ciele mieszka dusza, której nie wolno nadkruszyć czy poranić. A potem
specjalnie wstawać rano o wczesnej porze, żeby przynieść do łóżka wybrance kawę
i bułeczkę maślaną.
Taka miłość się zdarzała.
Naprawdę. Egzystowała w świecie wbrew wszelkim zasadom logiki i często aż
nadmiernie wkurzała ten świat.
I jego samego. Wtedy gdy
przed laty nie potrafiąc być jej świadkiem, zajął się nią tak wybornie, że w
gruncie rzeczy nie dało się już niczego pozbierać.
A Ci co burzą nie zasługują
na budowanie. Tyle w temacie.
W gruncie rzeczy powinien być teraz na mistrzostwach świata, świętując
sukcesy chłopaków. Ale... Jakoś nie potrafił. Czuł się kłodą u nogi, utrudniającą
ludziom odczuwanie radości. Więc zamiast pełnić rolę wiernego kibica,
przedterminowo zwiał z Seefeld. Kochanie przyjaciół na odległość wychodziło
mu dużo lepiej, plus co tu gadać, było o wiele wygodniejsze. Wolał wyładowywać
frustrację, w towarzystwie, w którym uchodził za króla życia i gwiazdę każdej
imprezy, niż przebywać tam gdzie ciepło i dobroć przypominały mu, iż ciągle
posiada sumienie.
Westchnął ostatni raz machając
do odjeżdżającego, przepełnionego samochodu, po czym utkwił wzrok w światłach
latarni, odbijających się w mrocznej tafli płynącej nieopodal rzeki.
Szkoda tylko, że chwilę później błogi
spokój budzącego się miasta, został trwałe zaburzony przez głośny huk, który spowodował
ów nieszczęsny samochód, najpierw zbaczając z trasy, potem waląc w metalową
barierkę, a na samym końcu wpadając do wody.
I szkoda, że on sam przez
dłuższą chwilę nie zwrócił na to uwagi.
Był zbyt pijany, żeby przestraszyć się hałasu.
A Mary rozpięła właśnie ostatni guzik w bluzce.
"pustka w moim życiu, pustka w moim umyśle,
puste łzy, którym nie potrafię zaprzeczyć,
czas schować całą dumę do kieszeni
i zostawić za sobą ten bałagan"
_____________________________________________
To
zaczynamy. Te pierwsze rozdziały, które mam wyszły takie melancholijno-pusto-filozoficzne.
No ale potem naprawdę chwilę będzie
sweet, hot and spicy, w końcu obiecałam. A
macie po przykładzie mojej obietnicy, że nikogo
nie zabiję (w
poprzednim opowiadaniu, bo tu wolę nic na ten temat nie rzucać :P),
dowód że
dotrzymuję słowa.
No i
cóż, nadal
piszę i dobrze
się bawię. Ciekawe
kiedy nastąpi ta
zgodna z naturalną kolejnością rzeczy
blokada :P
Ale wiecie co? Chyba po przerwie znowu czuję w tym swoim pisaniu, coś takiego... Osobistego?
Ale wiecie co? Chyba po przerwie znowu czuję w tym swoim pisaniu, coś takiego... Osobistego?
PS. Nie
muszę mówić, że ewentualne komentarze działają dość motywująco, nie? Nawet króciutkie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz