
Oddalibyśmy wszystko za
życie bez bólu. Wszystkie pieniądze, marzenia, piękne sny. W gruncie
rzeczy nawet samych siebie. Bo przecież ból to pierwszy symptom tego,
że wszystko się wali. Ciężkie choroby zaczynają się od lekkiego ukłucia, w
jakimś losowym fragmencie ciała. Rozpad związku czy wieloletniej przyjaźni? W
pierwszym etapie to tylko nieprzyjemne mrowienie gdzieś wewnątrz serca.
Coś jest nie tak. I budzi się w nas
pierwotny, dziki instynkt - siła, która rządziła ziemią, zanim pojawił się
na niej rozum czy inteligencja. Siła brutalna, wdzierająca się w umysł i
siejąca w nim trwałe spustoszenie. Siła, której nie cofniesz bo... Nie umiesz
jej choćby wyrazić. Bo wrzeszczy Ci do ucha, że przyszła tu dla Ciebie. Że chce
Cię uratować gdyż coś jest parszywie nie tak. Właśnie - coś.
Ale ona nie powie Ci co. Jest na to zbyt nieokiełznana, zbyt nieznająca
świata. Bawi się Tobą niczym samochodowy alarm, który włącza się w środku nocy,
budząc całe osiedle. Brzęczy i trajkocze, a jednak nie artykułuje swoich
potrzeb. Nie obchodzi go, czy został wywołany przez dziecko, malujące sobie
palcem kwiatki i motylki na zakurzonej przedniej szybie, czy przez szajkę
złodziei, uzbrojonych w noże czy pistolety. W obu tych przypadkach wydaje
identyczny dźwięk. A ty człowieku bądź tu mądry. Zwlecz się z łóżka,
naciągnij jeansy na spodnie od piżamy i leć sprawdzić czy czeka na Ciebie
zabawna sytuacja, z której będziesz potem kpić przy niedzielnym obiadku, czy
śmiertelne niebezpieczeństwo.
Uciekniesz przed obowiązkami. Być może w
ślepy zaułek, ale jednak. Gdy będziesz miał szczęście, często górujące
znacznie nad rozumem - uciekniesz przed wrogiem. Przed wojną, przed podatkami,
przed szerzej lub węziej pojętymi granicami… Ale nigdy nie uciekniesz przed
instynktem. Nie uciekniesz bo nie chcesz. Bo go zaakceptowałeś.
Zaakceptowałeś jako prawdę bijącą z wnętrza. I sam gnasz za nim w pogoń.
Bojąc się, że zanim ta obława Ci się uda, zanim pojmiesz o cóż do cholery
jasnej mu chodzi, to zdąży… Przestać Cię boleć. A tylko jeden rodzaj tkanki nie
odczuwa bólu. I jest to tkanka martwa.
No dobrze. Pół biedy kiedy instynkt bije Ci na
alarm w sytuacjach oczywistych. Gdy widzisz, iż ktoś okłada kogoś na ulicy
pięściami, dzwonisz po policję, pomimo że jeszcze minutę wcześniej cholernie
spieszyłeś się na autobus. Ze spuchniętą, zsiniałą nogą udasz się do lekarza,
zamiast na basen, a gorzko smakujący owoc, wyląduje w koszu na śmieci, nie na
Twoim talerzu. Gorzej gdy alarm włącza się tak z przysłowiowej dupy, bo
termin ‘znikąd’ wydaje się w tym przypadku zbyt delikatny, neutralny i mało
wkurzający.
Popatrz. Idziesz wedle ściśle określonego planu. Każda ważna data jest zaznaczona
w Twoim notatniku, odpowiednim odcieniem cienkopisu. Masz z kim zjeść śniadanie,
przy kim się obudzić, komu wyżalić… Z nikim nie żyjesz w jawnym konflikcie,
nikogo nie chcesz zamordować. Nie walczysz o przetrwanie i nic nie zapowiada,
żeby coś miało pójść nie tak. Aż tu nagle odzywa się to wewnętrzne ssanie.
Niezrozumiały ból błaga Cię wręcz o przeprowadzenie drastycznych zmian. Ale
co kurwa mać, można zmieniać w idealnie wytyczonym szlaku? Właśnie.
Przecież nie masz zamiaru być idiotą, który wciska rzeczywistości, że czerwone
jest niebieskim. I przecież nie chcesz założyć, iż do reszty zdurniałeś. Lepiej
zrzucić wszystko na zły dzień. Na niewypitą kawę, na bałagan na kuchennym
parapecie, na głupią koleżankę z pracy. Bo przecież alarmy są zawodne. Ileż
to razy galerię handlową czy inny dworzec ewakuowano w wyniku debilnego żartu znudzonych
nastolatków wkręcających policji, że w koszu na śmieci leży bomba. Albo ileż
razy jakiś samolot lądował awaryjnie, przez omyłkowo uruchomiony czujnik
uszkodzenia. A nawet jeżeli nie mamy do czynienia z pomyłką… To może to
jedynie próbna ewakuacja? Może nasz instynkt potrzebuje po prostu utwierdzić
się w poczuciu własnej doskonałości? Może to taki synonim kontroli u
dentysty. Chodzimy na nią przecież co pół roku, choć mało prawdopodobne,
aby któregoś razu okazało się, iż mamy dwadzieścia nowych ubytków i na dodatek
zapalenie połowy dziąseł.
Może. Ale może jest zupełnie inaczej. I
pewnego dnia nie będziesz się zastanawiać czy wstałeś lewą czy prawą nogą. Tylko… Tylko zwyczajnie już nie wstaniesz. Przez
cały dzień. A potem przez tydzień. I przez miesiąc. Bo cóż z tego, że jesteś
perfekcyjny, jeżeli nie masz już siły? I tracisz wszystko.
Życie wypełniło świat krzywymi ścieżkami. A
my potrzebujemy kogoś, kto narysuje nam na nich proste linie. Potrzebujemy móc
stanąć na stabilnym gruncie. I spojrzeć w górę.
I dostrzec słońce.
Nawet jeżeli pozbawione towarzystwa
bezchmurnego nieba.
W każdym połamańcu jest
malutka cząstka, która wierzy, że jeszcze wróci do domu. I to ta cząstka nie
przestaje nas ssać. Bo perfekcja wcale nie jest definicją szczęścia.
A sens życia tkwi w zrozumieniu, że tak w
ogóle to szczęście nie ma definicji.
kwiecień 2019
Gdy Lisa miała siedem lat, na rogu Heuweg
i Ludwigstraße samochód potrącił psa. I szczerze mówiąc nie było w tym nic
nadzwyczajnego. Skrzyżowanie znajdowało się w cholernie pechowym punkcie,
tuż za zjazdem z autostrady. Bezmyślni kierowcy pakowali się na nie w pełnym
rozpędzie, nie bacząc, iż przed nimi nie rozpościera się już droga szybkiego
ruchu, a małe, klimatyczne ulice alpejskiego miasteczka. I nie powinno to
też stanowić wyjątkowego wydarzenia w życiu Lisy. Notorycznie znosiła w
końcu do domu jakieś pokiereszowane zwierzaki. Dokarmiała pisklęta, które
wypadły z gniazd i z zafascynowaniem patrzyła na odrastające ogony jaszczurek. Zawsze
myślała przy tym, czym niektóre stworzenia zasłużyły, by dostać nową łapkę lub
inny segment ciała, po utracie poprzedniego, gdy przecież ludziom po
amputacjach nie odrastały ręce i nogi. Czyżby gady były lepszymi i
doskonalszymi istotami niż człowiek?
Raz nawet wylądowała na ostrym dyżurze, pogryziona przez
bezpańskiego wilczura, którego chciała wyplątać z drutu kolczastego. Ale nie
przejęła się bolesnymi ranami. Tydzień później niańczyła kolejne wiejskie
znajdy. W ogromnych ilościach.
A
jednak owo popołudnie przy wjeździe do miasta utkwiło jej w pamięci
najbardziej.
Skończyła właśnie pierwszą klasę podstawówki. Oczywiście z wyróżnieniem.
Była z tego faktu cholernie dumna, choć szczerze mówiąc nie musiała włożyć w
swój sukces najmniejszego wysiłku. Więc uśmiechnięta, szczęśliwa i pozująca na
bardzo zmęczoną ciężką pracą, założyła tylko ukochaną sukienkę w groszki, ubrała
sandałki na (co podkreślała na każdym kroku) niziutkim obcasiku i już
była gotowa na wspólny rodzinny obiad w restauracji, którym najbliżsi chcieli
uczcić jej mały tryumf. Podskakiwała, mądrzyła się zupełnie jakby jej
perfekcyjna znajomość alfabetu, zasługiwała na Nobla, a jednocześnie drażniła
muszącego trzymać dietę Richarda, opowiadając o serniku krówkowym, który
zamierzała zamówić zamiast zupy. I nagle samochód uderzył w psa. Ale
to nie przeraziło Lisy. Ciężkie koła wpadły w poślizg, niszcząc kwiatowe
klomby, tak troskliwie projektowane przez radę gminy. Huk też nie zrobił na dziewczynce
wrażenia. Zmrożona poczuła się zupełnie innym faktem. Faktem, że kierowca
nawet się nie zatrzymał. Nie wyszedł, nie podszedł do biednego szczeniaka, a
jedynie wyjrzał przez szybę, aby sprawdzić czy lusterka w jego cholernym wozie
są całe.
Wtedy
po raz pierwszy użyła słowa 'skurwiel'. Kojarzyła je już wcześniej, ale
jakoś nigdy nie było jej potrzebne. Tamtego popołudnia natomiast wyraziła nim
wszystkie swoje emocje, kompletnie nie bacząc, że tuż obok niej stoją rodzice. Bo
owo słowo brzmiało cholernie plastycznie. Wypełniało pustkę, utworzoną
przez tą część rzeczywistości, której jeszcze nie znała. I której, mimo
typowej dla swojego wieku ciekawości świata, tak bardzo nie chciała poznawać.
W
każdym razie zaliczyła swoje pierwsze przekleństwo. Jakiś krok milowy, w
dodatku najwyraźniej dość istotny, gdyż po latach pamiętała go dużo bardziej
niż pierwszy pocałunek, czy stratę dziewictwa na piątej lub tam dziesiątej z
rzędu nudnawej imprezie.
Zaliczyła. A potem zajęła się zastąpieniem tego skurwiela. Popatrzyła
w niebo, pomodliła się o brak cierpienia dla biednego stworzenia po czym
ruszyła do akcji. Ściągnęła koronkowy sweterek i brudząc buciki, które
jeszcze niedawno z takim zapałem pastowała, zawinęła w niego zwierzaka,
wymuszając na krewnych, żeby zamiast do restauracji udali się do miejscowego
weterynarza.
Była
spokojna. Bo działała. A największy z jej dziecięcych strachów stanowiła
bierność. Nie ciemność, nie burza, nie pająki i nie śmierć, ale właśnie stanie
w miejscu, z parszywą obojętnością na twarzy. Popłakała się dopiero pół
godziny później. W gabinecie, gdy lekarz pokręcił głową i stwierdził, że
szczeniaka najlepiej będzie uśpić. Wtedy skorzystała z wyrazu 'skurwiel’ po
raz drugi. Choć tym razem tylko w myślach. Po cichutku. Bo przecież
po co ten człowiek studiował tyle lat? I po cóż obiecywał, że będzie ratował
życie, skoro teraz olewał je, gdy jeszcze się tliło? A póki się tliło, póty
istniała nadzieja.
I
Lisa przedłużyła tą nadzieję, robiąc swoje popisowe, równie łzawe co maślane
oczy do brata, który nigdy nie potrafił im się oprzeć. W efekcie odłączyli się od rodziny, chcącej
wrócić do miłych planów na popołudnie i wykradli psiaka z lecznicy. Przez następne
dwa tygodnie, w tajemnicy przed rodzicami, Freitagówna trzymała go w swoim ukochanym
domku na drzewie. Zmieniała opatrunki, poiła strzykawką i wpychała do pyszczka
podwędzone z kuchni tabletki, które według reklamy, lecącej w telewizji tuż
przed wieczorynką, miały leczyć wszelki ból. A po dwóch tygodniach biedak
umarł. Tak po prostu. W środku nocy po cichu zamknął oczy, a jego główka, głaskana
przez Lisę, wymykającą się co wieczór z domu przez okno, w celu dodania mu
otuchy, nagle stała się paskudnie zimna.
Pochowali kundelka w ogrodzie, a Richie, pewien iż siostra będzie bardzo
rozpaczać, kupił jej zaraz potem trzy ogromne opakowania lodów, o jedynym
uznawanym przez nią, czyli krówkowym smaku. Ale dziewczynka była spokojna. Czuła
jakąś pewność, że zwierzak jest już szczęśliwy i gania po polach, pełnych
świeżej kiełbaski, zamiast kłosów zbóż. A przed śmiercią przekonał się, iż
ludzie jednak nie są podli i bezduszni. Dała mu przecież całą siebie. Dała
odrobinę miłości, przekonana że każda żywa istota, po prostu musi jej zaznać.
Serio?
Oparła dłonie na parapecie, zdmuchując
kurz, ze starej, czerwonej szkatułki, w której trzymała niegdyś swoje głupiutkie
skarby, po czym głośno kaszlnęła.
Teraz,
po latach, gdy wspominała tamtą historię, czuła jedynie przerażenie. W imię
jakiś wydumanych, dziecinnych idei, zafundowała zwierzęciu nieludzkie
cierpienie, zamiast po prostu pozwolić, by szybko, sprawnie i bezboleśnie,
przestało być cząstką tej poranionej rzeczywistości. Dziś postąpiłaby zgoła
inaczej. A raczej w ogóle by nie postąpiła, nie zatrzymując się na
skrzyżowaniu i tym samym zostając kolejną osobą, zasługującą w opinii swojej
siedmioletniej wersji na miano skurwiela.
Nie miała już w sercu litości. Nawet odrobiny i nawet dla własnego
życia. A może tak w sumie w szczególności dla niego.
Bo straciła z oczu cel.
- Co Lili, patrzysz na grób psiaka? –
brat podszedł do niej od tyłu, obejmując ją w pasie. Z przerażeniem zauważył,
że schudła tak bardzo, iż bez problemu mógłby zrobić to za pomocą jednej ręki.
- Taaa – mruknęła przekornie – Lili
patrzy – nienawidziła tego domowego przekręcania swojego imienia, ale jemu
jednemu wciąż na nie pozwalała, bo przecież on zawsze pozwalał jej na
wszystko – patrzę.
Tamtego lata zdobienie małego kamyka pod wiekową jabłonką, zajmowało
większość jej czasu. Pomalowała go na zielono, otoczyła mchem i ulepiła z gliny
kilkanaście małych, uśmiechniętych skrzatów, które porozstawiała dookoła. Nikt
nie miał serca potem rozebrać tej konstrukcji, więc tak stała, gnijąc i blaknąc.
Ale dziś wydała się jej wyjątkowo ładna i odnowiona.
- Melcia się tym zajęła w wigilię –
Richie jakby odgadł o czym siostra myśli – stwierdziła, że Twoje krasnalki będą
idealną ogrodową szopką. Ślicznie wyglądały otoczone śniegiem i z kolorowymi
lampionami nad głową. Widziałabyś gdybyś... – urwał na moment, machając od
niechcenia ręką – a nieważne.
- Gdybym łaskawie przywlekła się do domu
na święta – dokończyła spokojnie – możesz mówić, usłyszałam już od wszystkich
możliwych krewnych co o tym myślą – uspokoiła go – łącznie z małą, która do
dziś jest chyba na mnie obrażona, bo nie miał kto jej zabrać na konkurs w
Innsbrucku.
Okłamała w grudniu rodzinkę. Wkręciła im, że jedzie na Boże Narodzenie
do chłopaka, z którym swoją drogą rozstała się w listopadzie. Jakoś... Po
tym wszystkim co ostatnio nawywijała bała się domowego ciepła. Bała, że dobre
wspomnienia z dawnych czasów, spieprzą się pod wpływem fałszu, z jakim spróbuje
udawać, że wszystko jest w porządku. Bała opłatka, życzeń, choinki, kolęd,
babci próbującej wmusić w nią deser, dumy w oczach rodziców... Wybrała
Berlin. Przez całe święta zjadła dosłownie jeden jogurt plus dwa jabłka.
Większość czasu się uczyła, klnąc w ramach ulżenia sobie nad idealnymi,
wymuskanymi notatkami. Ale to też już nie pomagało. Zbyt często wypowiadane
wulgaryzmy, tracą swoją rozładowującą moc. Biochemiczne wzory zlały się jej
w jedną całość z zatyczkami do uszu, którymi zagłuszała dzieci sąsiadów
śpiewające last christmas. Na dobrą sprawę nie odsłoniła nawet żaluzji,
nie chcąc zobaczyć czy spadł śnieg. Bo śnieg budził w człowieku tęsknotę za
uczuciami. Za dziewczynką ratującą jaszczurki.
Teraz na Wielkanoc powinna była zrobić to samo. Materiału do
opanowania nie ubyło od zimy, a jej głowa radziła z nim sobie coraz gorzej
odkąd... Odkąd pewne rzeczy uległy zmianie. Powinna, ale nie
potrafiła. Potrzebowała oprzeć się o to konkretne okno, na którym
zawsze zbierała się masa pyłu. I patrzeć na ten konkretny cienisty
fragment ogródka. I zagrać z Mel w karty, przymykając oczy na wszystkie
oszustwa małej, których oczywiście nauczył jej ukochany wujcio Wank.
- Lubię tu sterczeć – szepnęła niepewnie,
zupełnie jak gdyby informowała świat o czymś bardzo intymnym – historii z psem
może nie lubię, ale jakoś... Jestem do niej przywiązana. Jakby był dla mnie
cholernie ważny. Może to dlatego, że chyba ludzie lubią sobie siedzieć pod
drzewami na grobach bliskich. A mi na szczęście nikt ważniejszy od niego nigdy
nie umarł – spojrzała na brata i nagle ją olśniło – cholera, przepraszam
Richie.
- Za co? – spytał zdziwiony – to chyba pierwsza
Twoja dłuższa wypowiedź odkąd przyjechałaś.
Między
nimi nigdy nie było tematów tabu. Gadali o wszystkim. Tym co fajne, tym co
krępujące, tym co bolesne... Ale po swojej długiej nieobecności w domu Lisa
jakoś straciła pewność, że cokolwiek jeszcze jest takie jak dawniej. Przecież
on też mógł się zmienić. Bądź co bądź, w końcu nie miał zbyt przyjemnego życia.
- No... Zaczęłam truć Ci o grobach. Na
dodatek jeszcze teraz. Tuż po spalonej katedrze – zacisnęła zęby – w Paryżu.
Miała awersję do samego wspominania o tym mieście. Było przereklamowane,
śmieszne, ale brunetce i tak kojarzyło się wyłącznie z rodzinnymi tragediami i
jakby... Z utratą czegoś ważnego, choć przecież na dobrą sprawę akurat ona
niczego nie straciła. W każdym razie gdy po maturze jej ówczesny chłopak
wręczył jej z dumą bilety do stolicy miłości i zaplanował romantyczny weekend,
wpadła w niezrozumiałą furię, po prostu z nim zrywając. Co swoją drogą
było bardzo korzystne, bo i tak w ramach dobrego startu chciała spędzić wakacje
nad atlasem do anatomii.
- Andiemu strasznie dowaliła ta katedra –
odparł Richard – nie wiem. Może to i dobrze, przynajmniej ruszy się z ukrycia.
- A Ty?
Zawsze
taki był. Ludzie mogli za dawnych lat wyzywać go od lekkoduchów i z chęcią
to robili, ale ona wiedziała, że troszczy się o innych, dużo bardziej niż o samego
siebie. I takiego kochała go najbardziej. Dobrego, a jednak szalonego.
Uwielbiała gdy wracał zawiany do domu po nocnych eskapadach z Wankien, ale
zawsze pamiętał żeby kupić jej krówkową milkę, w podziękowaniu za to, iż wstaje
w nocy by otworzyć mu dyskretnie drzwi, bo oczywiście nigdy nie nosił
kluczy. Uwielbiała nawet te jego wywrotowe laski, nie rozumiejąc czemu
przyprawiają mamę o mdłości. Były naprawdę śmieszne. W dodatku ją zauważały i
szanowały. Dawały jej smakować pianki z piwa i przymykały oczy na podkradanie
sobie kosmetyków z torebek. Zresztą to od jednej z nich przejęła zwyczaj
malowania ust na pomarańczowo. Do dziś nie wyobrażała sobie użycia
czerwonej czy różowej szminki. Jaskrawy, mandarynkowy kolor warg, zaczął
jakby ją wyrażać.
Tak
czy siak owe panny stanowiły fajne
urozmaicenie codzienności. Pojawiały się, a potem naturalną koleją rzeczy znikały,
dając jej absolutną pewność, że najważniejszą kobietą w życiu brata zawsze
będzie ona – Lisa. I wszystko wyglądało
fajnie. A potem nagle Richie zaczął się zachowywać jak zakochany, ślepy
kundel. Ku radości rodziców, babć i wszelkich ciotek, zwariował dla dziewczyny,
która nastolatce wydała się zwyczajnie... Otóż to. Przeciętna. Nie miała
jej nic do zaoferowania. Była chorowita, w ogóle się nie malowała, nie
rzucała ciekawych pomysłów i tylko do wszystkich się szczerzyła, jakby nie posiadała
zupełnie własnego zdania. A Richard wkurzał siostrę niesamowicie gadając, że
rzekomo są do siebie podobne. Jeszcze czego. Może i planowały podobną
karierę zawodową, choć szczerze mówiąc wszelkie wyobrażenia Lisy o super
studentkach medycyny szlag trafiał gdy patrzyła na Veronikę ale nigdy nie
znalazłyby wspólnego języka.
Tak więc podświadomie pierwszy raz w życiu cierpiała z zazdrości. Ta
nudna panienka ukradła jej ukochanego brata, a na dodatek chłopak, którego obdarzyła
swoim pierwszym nastoletnim uczuciem, gapił się nieustannie na jej tyłek, czego
oczywiście też nikt poza Freitagówną nie zauważał.
A może gdyby zauważył to nie doszłoby do tragedii. I do tego wszystkiego
co zapoczątkowała w Lisie ta tragedia.
Nienawidziła wtedy Veroniki i choć destrukcyjne uczucia ją niszczyły,
nigdy przenigdy nikomu nie przyznałaby się do tego co tak naprawdę myślała
sobie gdy blondynka umarła. Ale obecnie chyba nienawidziła jej jeszcze mocniej.
Bo przecież najłatwiej o wszystko obwinić kogoś, od kogo oddziela Cię
śmierć.
- Jak Ty się czujesz? – położyła mu rękę
na ramieniu. Zawsze był chudzielcem, aczkolwiek przy nowej, zagłodzonej w
myśl dążenia do idealności wersji jej samej, wyglądał doprawdy wręcz pulchnie.
- Wszyscy o to pytają, gdy dzieją się
smutne i bezsensowne rzeczy – usiadł na łóżku, jakby z ulgą stwierdzając, że
chyba wreszcie może z kimś pogadać o sobie – jak się czujesz bo spłonęło
Notre-Dame. Albo są jej urodziny. Albo święta. Albo rocznica pierwszego
spotkania. A przecież... To nie ma żadnego znaczenia, wiesz?
- Nie ma? – powtórzyła za nim głupawo. Dawno
z nikim nie rozmawiała tak od serca i trochę ciężko jej było powiedzieć coś
naprawdę szczerego, zwłaszcza na tematy będące dla niej jednym wielkim polem do
przymusowego udawania i fałszu. Ale postanowiła się bardzo postarać –
przecież wspomnienia są ważne Richie. Pozwalają nam odnaleźć... Jakiś lepszych siebie.
Więc chyba mamy prawo do nich wracać.
Rozłożyła
się obok niego na materacu, opierając głowę o ścianę. Tyle razy siedziała
dokładnie w tym miejscu w buntowniczej pozie i z wielkimi słuchawkami,
zagłuszającymi proste prośby w stylu 'wynieś śmieci'. A teraz? Teraz chciała
właśnie usłyszeć więcej. Chciała żeby jej uszy komunikowały się z sercem.
- Jasne, że mamy Lili. Chodziło mi o to,
że nie istnieją fazy większej i mniejszej tęsknoty po stracie. Albo jakieś
gorsze dni, w których powinno się być pod szczególną ochroną. To jest życie, a
nie okres godowy u ryb, podczas którego nie wolno ich łowić.
- Uwielbiam gdy podbierasz wybitne i
adekwatne porównania od Wanka – pokręciła z lekkim uśmiechem ustami, by po
chwili znowu spoważnieć.
- Każdego dnia tak samo czujesz bliskość.
Ale tak samo czujesz też parszywą odległość – głos mu lekko zadrżał – i nie
możesz się przytulić. Tak po prostu, niezależnie czy mamy jakąś cudowną
uroczystość czy zwykłe szare popołudnie, w które obchodzi się co najwyżej
święto precli z solą – dodał rozgoryczony – tęsknię cały czas Lili i to nie są
fale, tylko stan permanentny. A jednak życie toczy się dalej. I rozczulam się
tylko w wigilię. Gdy Mel kładzie opłatki na grobie.
- I przestaje jej wystarczać wiara w
nieskończoność – dokończyła Lisa ponuro.
- Na moment. Ale potem przyłazi Wanki, bawi
się z nią w dzikie renifery i znów śmieje się tak cudownie, że mnie tym zaraża –
przytulił ją do siebie całując we włosy – aczkolwiek właściwie... Przyszedłem do
Ciebie, bo babcia pyta czy zjesz kolejny kawałek Twojego krówkowego ciasta. A
ja widzę, że poprzedni schrupała, ale April.
Lisa westchnęła, patrząc z żalem w oczach, na swoją tłustą kotkę,
próbującą zlizywać resztki karmelu z futra i paćkającą przy tym richardowe
spodnie bitą śmietaną. Wierna przyjaciółka z dawnych lat, chroniła ją od kilku
dni, przed pytaniami o to czemu prawie nic nie je. A nie jadła bo nie
chciała. Bo zaczęła się dobrze czuć ze swoją skórą i kośćmi. Bo nie gotując
miała więcej czasu na naukę. A stojąc nad patelnią i posypując farsz do
spaghetti solą... Mogła przypomnieć sobie o tym, o czym nie wolno było jej
pamiętać.
- Tak braciszku.
- Weź głuptasie, kto pochłonie tą klejącą
maź jak nie Ty? Zawsze byłaś
krówkożercą.
Chryste Panie, czy on musiał tak wracać do wszystkiego co proste, łatwe
i przyjemne? Przecież w zupełnie innym sensie, ale wiedział równie dobrze co i
ona, że najlepsze czasy zostały bezpowrotnie za nimi. Zgodnie z naturalną
kolejnością rzeczy dorosłość okazała się przykra, bolesna i... Przynajmniej w
przypadku Lisy zwyczajnie i banalnie dziwna.
- Jak to mama rano powiedziała,
przywlecze się wieczorem Twoje stado, to nam wyczyści lodówkę.
- Kiedyś na taką zapowiedź przyjścia
stada, zamknęłabyś się w łazience z toną kosmetyków – puścił jej oczko,
pokazując język – to teraz może przynajmniej się uczesz, co?
Gdyby choć w jednej setnej poczuł jak
to przyjemnie jest móc mieć jeden, jedyny dzień, w który można się nie uczesać.
Zawsze wiedział. Wiedział o niej wszystko, czuł do kogo wzdycha, a
za pierwszy wygrany konkurs Pucharu Świata kupił jej własnego, rasowego kucyka,
mimo iż wiedząc jak bardzo jest drogi, nigdy nikomu nie wspomniała nawet jak
cholernie jej się podoba. I chyba właśnie przed tą wiedzę się od niego
odsunęła. Rodzice zawsze wierzyli w jej czuję się super. Różnym
krewnym i pociotkom wystarczyło posyłać zdjęcia, na których w czarnej,
dopasowanej garsonce, prezentowała swoje prace, na prestiżowych konferencjach
studenckich. Wyobrażała sobie te ich pyszałkowate głosy mówiące sąsiadom coś w
stylu mamy w rodzinie taką mądrą. Ale Richiego okłamać się nie dało. I
gdyby zobaczył ją jeszcze kilka miesięcy temu, spakowałby zapewne w mgnieniu
oka całe jej idealne mieszkanie, żądając od niej by wróciła do domu. Zresztą
i teraz miała wątpliwości czy zaraz siłą nie zamknie jej w spiżarce i nie zmusi
do zjedzenia całej blachy zapiekanki ziemniaczanej czy innego bigosu.
- No nie czerwień się Lili – tym razem
wyjątkowo błędnie zinterpretował jej zawstydzony wzrok – pierwsza miłość to coś
uroczego. Pamiętasz jak przyrządziłaś kiedyś Andiemu magiczny koktajl miłości,
gdy chłopcy przyszli do mnie na mecz? – parsknął.
Pamiętała.
Miała z trzynaście lat i była jeszcze przed swoją wielką przemianą w
nieczułą panią sukcesu. Zabrała się za przepis, który znalazła z
koleżankami w Internecie. Pech chciał, że jej zaczarowany eliksir, postawiony
dyskretnie na stoliczku wypił Severin. Richie miał potem ubaw po pachy,
strasząc ją tezami głoszącymi, iż teraz to rudy będzie jej przeznaczony na
wieki. I jak widać bawiło go to po dziś dzień.
Boże. Kiedy ten czas tak poleciał?
- Mówisz, że się trzyma? – spytała smutno,
świadoma wkroczenia na tematy tabu.
- Jako tako – odparł równie przyciszonym
głosem – zresztą sama wieczorem zobaczysz. Trzeba go wspierać, ale cholernie
dyskretnie, bo wyjątkowo nie chce nikogo sobą obarczać. I wszystkim proponuje
herbatę. W kółko, tak żeby coś mówić.
Jak ona dobrze znała takie paplanie ze strachu przed ciszą.
- Wiesz co brat? – mruknęła – czasem
myślę, że paradoksalnie moje dziecinne wzdychanie do Andreasa, było najbardziej
dojrzałym uczuciem jakie zaliczyłam w życiu. A potem...
Spojrzał na nią bacznie, ale choć doskonale wiedziała, że ma ochotę
rzucić coś w stylu każdy kolejny gorszy od poprzedniego, nie powiedział
zupełnie nic. Bo rozumiał. Żadnego ze swoich chłopaków nigdy nie kochała.
Spotykała się z nimi... Dla komfortu? Z nudy? Żeby mieć jakąkolwiek
odskocznię od książek i wyzwań?
- Albo zbytnio stawiam na karierę, albo
miłość jest przereklamowana – wygłosiła popularną sentencję, która padała chyba
w każdym przeciętnej jakości serialu.
- Lili, durniu. Po prostu otwórz szerzej
oczy. Tak naprawdę szeroko. I zobaczysz. Możesz budzić się z setkami facetów,
totalnie znudzona – zmarszczył brwi – choć oczywiście osobiście wolałbym żeby
było ich jak najmniej. Ale kiedyś... Gdy rano zobaczysz przy sobie tego
właściwego, po prostu się uśmiechniesz i pomyślisz sobie, że mogłabyś mieć dziesięcioro
dzieci.
Powinna
się zirytować, a jednak w gruncie rzeczy lubiła te jego napady niepoprawnego
romantyzmu. Lubiła wiedzieć, iż coś zostało jeszcze z tego dawnego, wesołego wariata,
który mentalnie naprawdę mógłby być bratem Wanka.
- Chyba zbyt bym się bała – pokręciła
głową.
- Nie mówię, że prawdziwe uczucie Cię nie
zrani. Bo pewnie zrani i to o wiele mocniej niż wszelkie możliwe fałszywki,
jakie idzie zaliczyć. Ale wiesz? Nawet gdy wszystko pójdzie źle, to nigdy nie
zwątpisz w to, że było warto.
- Pewnie jestem zbyt wygodna – doskonale
wiedziała, iż pomalutku przestają mówić o niej, więc nie mając siły na
spotkania z duchami, skierowała rozmowę ponownie na bardzo egoistyczny szlak –
nie umiałabym tak...
Kobiety
nauki zawsze powinny potrafić dobrać właściwe słowo. Powinny wygrywać dyskusje,
przy użyciu zabójczej puenty. Powinny mieć przygotowane przynajmniej kilka
mądrych cytatów, inteligentnych dowcipów czy nietuzinkowych pytań, na każdą
okazję. A jednak... Gdy trzeba było mówić o uczuciach to Lisa nieruchomiała. Kurczyła
się w sobie niczym jakaś pieprzona mimoza i z trudem dawała radę wydusić z
gardła coś innego niż jedynie mieszaninę durnych zaimków i przyimków.
- Musisz po prostu dać komuś duszę –
Richie wzruszył ramionami jak gdyby rozkładanie własnego wnętrza na kawałki
było banalne niczym posmarowanie kromki miękkim masłem – i zaczniesz żyć. Ale
dla siebie. Bo jeśli zaczniesz żyć tylko dla niego, to to wcale nie będzie to.
Wyjrzała przez okno. Wiatr przewrócił
jednego z jej krasnalków, odrywając mu kawałek grzybkowatego kapelusza, który
miał na głowie.
Postanowiła
odstawić biochemię jeszcze na moment i pójść go dokleić. Może domalowując nawet
dodatkowo jakąś jagódkę czy inną malinę.
Przynajmniej kawałkowi gliny potrafiła
chyba ciągle okazać serce.
~~***~~
- Wank mówi, że to po prostu syndrom
dzieci późnych lat dziewięćdziesiątych – wzruszył ramionami, wodząc wzrokiem po
pogrążonym w mroku pokoju.
Kiedyś
oddałaby wszystko żeby położył się na jej łóżku. Tak po prostu, choć
oczywiście wraz z koleżankami zaraz dopisywała do tego jakieś niezbyt grzeczne
historie, które nigdy nie mogły wyjść poza głupiutki kąt nastoletnich zwierzeń.
- Co? – odparła nieprzytomnie.
- Wydaje nam się, że wszystko przeżyliśmy
i że nasz ból jest taki wyjątkowy. A tak naprawdę ciągle mamy trzy latka. Cały
rok potrafimy wyć o betoniarkę z LEGO, a gdy podarują nam ją na gwiazdkę, to
ciskamy po pięciu minutach pudełkiem w kąt, bo kolega dostał właśnie wóz
strażacki. No. Jakoś tak to chyba leciało.
Pewnie
nie było sensu zastanawiania się nad kiedyś. Przecież kiedyś wystarczyło
wypić piwo, żeby poczuć się dojrzałym. Złamać byle głupi zakaz dla poczucia
suwerenności.
- Wyślijcie tego durnia na psychologię –
mruknęła, przechylając butelkę wina, w celu wyssania z niej ostatnich kropelek
alkoholu – może odkryje czemu ten świat jest chujowy z niczego.
Na
dobrą sprawę teraz, po latach rozumiała Andreasa lepiej niż kiedykolwiek. I
chyba... Chyba paradoksalnie mu zazdrościła. Zleciał na takie dno, na
którym po prostu... Szło odpocząć. Czarno na białym i bez szarości. Bez
udawania.
Tymczasem ona wciąż dreptała sobie po
złotym, nieskazitelnym szlaku marzeń. Szkoda tylko, że te marzenia z każdym
kolejnym dniem stawały się zimniejsze i obrzydliwsze. A wizja ich spełnienia
zaczęła w niej wzbudzać wymioty.
Mogła spać z kim chciała. Mogła lecieć na
wakacje gdzie chciała. Mogła zostać tym kim chciała. I naprawdę zaczynało
jej brakować czegoś po prostu nieosiągalnego. Czegokolwiek. Tęskniła za samą tęsknotą. I
to było kurewsko dobre. Albo anielsko złe. Na jedno w gruncie rzeczy
wychodziło.
- Przepraszam, że wtedy nie przyjechałam
– zagryzła zęby – wtedy... Na wiosnę... Miesiąc temu.
- Jedna jedyna zachowałaś normalność i
nie zaczęłaś mnie niańczyć – oparł jej głowę na ramieniu – albo karmić
sernikiem jak Wank.
Głowa
na ramieniu. Policzek przyciśnięty do szyi. Włosy muskające podbródek. Wiele
by dała, żeby ten dotyk jakkolwiek ją pocieszył. Zelektryzował. Ale
przecież cały czas ktoś jej dotykał. Albo sama się dotykała. Ręcznik, gąbka,
podkoszulek czy głupie krzesło, na które opadała po sto razy dziennie, mogły wywołać
w ciele dokładnie te same bodźce co drugi człowiek.
- Ja pierdolę, co my robimy ze swoim
życiem – mruknęła.
- W tym momencie to chyba uciekamy przed zastawionym
stołem i Twoją wesołą rodzinką.
- I przed szukaniem jajeczek w ogrodzie.
- I przed makowcem.
- Nie te święta głupku. Makowiec jest w
grudniu.
- W sumie żadna różnica. Tu i tu wszędzie
wala się jedzenie, ciasto plus Wank obklejony watą. Tyle, że jako Mikołaj przykleja
ją sobie do brody, a jako zajączek trochę niżej.
Popatrzyli się na siebie i po prostu parsknęli śmiechem. Tak z
niczego. A potem z braku tchu zrobili się cali sini. Bo zdecydowanie za
bardzo nie chcieli żeby ten żałosny impuls przemijał. Nie chcieli go
zmarnować dla czegoś tak prozaicznego jak głupi oddech.
- Wyglądamy jak bezdomni pod śmietnikiem,
wiesz?
- Chyba raczej jak zombie.
- Albo...
- Nie obrażajcie zombie – nagle w
uchylonych drzwiach ukazał się wielki łeb, ozdobiony puchatymi, długaśnymi
uszami – wyglądacie co najwyżej jak Kraft tańczący rytualne tańce dookoła stada
wołów grenlandzkich.
- Wanki...
- Co jest podwójnie niedorzeczne –
kontynuował wielkolud – bo nawet Kraft jest zbyt mądry żeby robić takie
bezsensowne rzeczy. A woły nie żyją w stadach ani na Grenlandii. Poza tym żeby
tańczyć tańce rytualne trzeba mieć ognisko, gdy tymczasem bydło boi się ognia.
A wół to jak wiecie rodzaj bydlęcia...
Lisa
zmrużyła oczy, z nienawiścią spoglądając na leżący przy łóżku bilet lotniczy,
po czym przytrzasnęła go pustą już butelką. Jednak za czymś tęskniła. Tęskniła
za tym cyrkiem na kółkach i choć nie był to rodzaj tęsknoty mogący odmienić
życie... To jednak chciała się w nim zatracić. Po nic, ale jednak po
coś. Bo przecież 'nic' też było 'czymś'. Było słowem. Miało
aż trzy litery, które dało się wydusić z siebie na milion różnych sposobów.
Spokojnie lub ze złością. Czule. Warkliwie. Łatwo lub z trudem. Romantycznie albo
agresywnie.
- Zresztą Kraft pewnie też. W sensie że
boi się ognia, nie że jest bydlęciem – Andreas wziął głęboki wdech – a tak
prosto i bez filozoficznych porównań, czy wam już totalnie odbiło? – podrapał
się po króliczym uchu, zupełnie jakby stanowiło integralną cząstkę jego ciała –
to znaczy ten tutaj doskonale wie co ja o nim myślę, ale Ty Lisa? Stoi człowiek
pod drzwiami od pół godziny, ogląda sobie tą ładną listwę podłogową i tak
zupełnie przy okazji słucha i czeka aż powiesz mu coś nastrajającego
optymizmem. A tu co? Ból egzystencjalny i rozmowa durna niczym komentator
Eurosportu, który nazwał Piusa Paschke młodym człowiekiem.
Ostatnie
promienie kwietniowego, zachodzącego słońca osiadły na nieszczęsnych ogrodowych
krasnalach, ożywionych przez jej nieudolne próby artystycznego wyżycia się
sprzed paru godzin. Przyroda chłonęła ciszę. Albo raczej... Nie.
Właśnie ów huk, hałas i totalny chaos zdały się Lisie definicją ciszy.
- A sęk tkwi w tym, że akurat wy naprawdę
jesteście młodzi do jasnej cholery. I ten cały Pius Paschke gdyby nie był już
od wieków łysy, rwałby sobie na wasz widok z zawiści włosy z głowy. Więc do
jasnej cholery zróbcie coś wreszcie ze sobą, rozluźnijcie się jakoś – spuścił
wzrok, zauważając swoją ukochaną chrześnicę, stojącą przy nim i przysłuchującą
się rozmowie – w sensie tak normalnie, nie mam na myśli niczego na literkę s.
- Andreas, czy musisz się nam drzeć na
cały dom, jak zarzynana szynszyla? – Richard pojawił się obok kumpla, biorąc
jednocześnie córeczkę na ręce – co się tu dzieje?
- Wujek się nie drze – zaczęła spokojnie
Mel – tylko proponuje, żeby Andi i ciocia się rozluźnili. Ale niekoniecznie tak
seksualnie – dodała szybko, zauważywszy, iż Freitag zaraz zamorduje przyjaciela
wzrokiem – no co? To ma sens, powinniście poszukać jajek wielkanocnych.
- Jeżeli te jajka też mają tu jakiś
podtekst na... Ekhm, brzydkie literki, to ja nie ręczę za siebie...
- Kolejny młody człowiek z poczuciem
humoru stetryczałego Piusa Paschke, opierającego się na dębowej lasce – mruknął
wielkolud dramatycznie i patetycznie.
- Zamknij się.
- Sam się zamknij ćwoku.
- Masz bardzo durnego wujka, wiesz Mel?
- Nieprawda – odparowała dziewczynka –
wujcio jest najmądrzejszy, s to całkiem normalna literka, a wracając do
tematu... Przecież ja też już wiem, zające jajek nie znoszą. Ale raz w roku nie
zaszkodzi mi poudawać, że jest inaczej. Takie słówko przenośnia, wiecie
co znaczy?
- No co mądralo? – Lisa pokręciła głową,
rzucając w stronę bratanicy swoją ukochaną, tęczową, puchatą poduszką. Tą,
której nie wzięła do Berlina, bo przecież Berlin miał być taki sterylny.
- Sprawdźcie sobie w słowniku, a my w tym
czasie zamkniemy wam ładnie drzwi – zeskoczyła na ziemię, łapiąc jedną rączką
Richiego, a drugą Wanka – i pójdziemy poszukać tych jajek – szarpnęła chłopaków
w stronę schodów – spokojnie tato, tych na j. Czekoladowych. Wszystkie
inne zostawię smutnym dorosłym.
Zabawne,
że czasem można było czuć się bezdomnym we własnym domu. Natomiast kiedy
indziej ten dom miało się zawsze w sobie. I człowieka ogarniało poczucie, iż to
on sam powinien go chronić. Chłonąć, wspominać, ogrzewać... Nie na odwrót. Bo
tak jak informacja, której nie powtarzamy umyka nam z głowy, zawalona nawałem
kolejnych, często sprzecznych wiadomości, tak samo dom. Gdy go nie pielęgnujemy
staje się tylko wizją. Wyolbrzymioną, często wyidealizowaną, albo wręcz
przeciwnie - obrzydzoną... Ale w jednym i drugim przypadku skrajnie niepewną. Bo
nie wiemy już co w niej jest prawdziwe, a co powstało tylko w świecie naszych
wewnętrznych obsesji czy mrzonek.
- Wierna wychowanka tatusia chrzestnego –
parsknęła sztucznie Freitagówna wstając z łóżka i zasłaniając szyby firanką. Bo
pozbawione słońca krasnalki, pod osłoną zapadającej nocy nagle zdały się jej
jakimś stadkiem wrogich, leśnych trolli.
- Lizzie?
- No?
- Nie jesteś szczęśliwa, prawda?
Zapadła
głucha cisza, której przez dłuższy moment żadne z nich nie próbowało nawet
przerwać. Gdyż to pytanie... W zasadzie nie było nawet pytaniem. Było
stwierdzeniem. I gdyby padło w jakichkolwiek innych okolicznościach,
wzbudziłoby w niej atak furii, wzmocniony wyliczaniem wszystkich tryumfów z
ostatnich lat. Przecież nawet na
pierdzielonym profilu na facebooku, ustawiła sobie w tle napis 'dziecko sukcesu'.
I mimo, iż wszyscy widzieli, że coś nie gra, to jednak każdy zgadzał się na
występowanie w tym jej spektaklu oszustw. Może tak było łatwiej. A może po
prostu ludzie potrzebowali w swoim otoczeniu kogoś, kto kroczy na przód
przejrzystą, świetlistą ścieżką. Kogoś komu idzie zazdrościć, ale też się nim
inspirować. Kogoś stanowiącego jeden wielki jaskrawy dowód na to, że się da.
I tym kimś się stała. Dla swojej rodziny,
znajomych, rywali... Dla szeroko pojętego świata. A tymczasem on po
prostu usiadł na łóżku i nie stąd nie z owąd... Stwierdził, że jej życie to
bujda na resorach. Właśnie tą banalnością i brakiem jakiejkolwiek przedmowy
czy owijania w bawełnę, sprawiając iż nawet nie próbowała zaprzeczać.
- Nie jestem kurwa – mruknęła – nie
jestem szczęśliwa, nie wiem dlaczego, a tak nawiasem mówiąc, jeżeli powtórzysz
to mojemu bratu, to Cię ukatrupię.
Z przerażeniem zauważyła, że zbiera jej się
na łzy, a leżąca w kącie do połowy spakowana walizka, jedynie potęguje ten
przykry efekt. Walizka, której nie ma po co otwierać i zamykać. I bilet do
pustego świata.
- Ale przecież jeszcze zeszłego lata...
- Błagam Cię Wellinger – spojrzała na
niego z podirytowaniem – nie należysz do osób, którym należy tłumaczyć, jak
łatwo można okłamywać rzeczywistość.
- I samego siebie – dopowiedział –
więc... Nie skupiaj się na tym czego nie wiesz. Pomyśl co wiesz na pewno. I po
prostu to sobie wykrzycz.
- Wiem, że nie chcę jechać na lotnisko –
wypaliła – i że marzą mi się bajgle z łososiem z mojej ulubionej knajpki w
Monachium – zmrużyła oczy, doskonale świadoma, iż jej zwierzenia osiągają
właśnie jakieś dno żenady – ale gdybym je zjadła to zaraz poszłabym wymiotować.
W sumie... Złapała taki zjazd, że
jeszcze chwilka i powiedziałaby mu o wiele więcej. Przecież mogła. On by się
nie przestraszył. Ani nie oceniał. Ani nie powiedział Richiemu, nie chcąc go
dobijać kolejnymi zmartwieniami.
Jemu już nic nie robiło różnicy. Ale
Lisa niestety ciągle miała wiele do stracenia. Bo przecież poza chłopakiem
wysłuchałaby jej jeszcze jedna osoba. Osoba, która absolutnie nie mogła dojść
do prawdy, choć jakaś jej cząstka bardzo owej prawdy pragnęła.
Ona sama.
- Lili – Andreas objął dziewczynę,
doskonale wiedząc, iż przez moment ma przewagę, bo to stare i oficjalnie
przez nią znienawidzone richardowe zdrobnienie, w gruncie rzeczy
niesamowicie ją rozczula – odwiozę Cię jutro, co? I pójdziemy na te Twoje
bajgle. Zjemy je sobie jak ludzie...
- I ciekawe co potem.
- Potem najwyżej zarzygasz mój samochód –
wzruszył ramionami – no pozwól mi się przez moment Tobą zająć i pomyśleć o kimś
innym niż ja sam.
- Czy to ma być kiepskiej jakości podryw
na litość Wellinger? – zmierzwiła mu włosy, po raz kolejny obolałym wzrokiem
rozglądając się po czterech kątach, jak gdyby w poszukiwaniu nastoletniej,
głupiutkiej wersji własnej osoby – nie chce niszczyć Twoich błogich wizji, ale
jest jeden problem natury technicznej.
Zmarszczył brwi, jak gdyby usilnie się
nad czymś zastanawiając. Miała przed laty słabość do tego jego skupionego
wyrazu twarzy, który wtedy, choć tak rzadki, zrywał w niej do lotu całe stado
pierdzielonych motylków.
- Odwieziesz się sama, moim autem –
palnął autorytarnie Andreas.
- Po czym polecę, a Ty – naprawdę
poczuła, że bawi ją ta ich słowna gierka, w kpienie z życia – i Twoje,
podkreślmy obrzygane auto, zostaniecie opuszczeni na parkingu. Chyba, że wolisz
postanowić wrócić nim do domu i skończyć w więzieniu za prowadzenie bez
uprawnień. Albo znajdziesz szofera.
- Już się znalazłem – wielkie królicze
uszy pojawiły się ponownie w progu, by po sekundzie znowu zniknąć za drzwiami –
zawsze wierny i gotowy do odbierania moich przyjaciół i ich obrzyganych środków
lokomocji z lotnisk. Nawet gdy od sceptycyzmu tych przyjaciół czuję się
oklapnięty niczym po umyciu włosów babskim żelem pod prysznic Severina, no.
Fajnie by było gdyby życie okazało się
brudnopisem. Można by skreślić błędy, użyć korektora, skonsultować efekty
końcowe z całą ekipą kompetentnych redaktorów... Ale cóż z tego, jeżeli nie
starczyłoby czasu, żeby ostatecznie przepisać scenariusz na czysto?
- To co Lisa? Skoro problem komunikacyjny
się rozwiązał...
Na dobrą sprawę ludzie wydawali się
jakąś pieprzoną próbą generalną, która nagle przez pomyłkę stała się premierą
prestiżowego spektaklu.
I może... Może tylko ona w tym duecie kpiła
teraz z życia? Może Andreas naprawdę chciał po prostu zrobić coś dobrego. Nawet
jeżeli wybrał sobie tak bezsensowną czynność, jak oglądanie znerwicowanej
laski, która rzyga rybami bo... Bo boi się że pewnego dnia nie da rady.
I chyba mogła mu na to pozwolić. Mogła zrobić jedną, małą rzecz,
wykraczającą poza jej odgórnie opracowany plan dnia. Albo... W zasadzie
już drugą. Drugą po porannym restaurowaniu krasnalków. Bo
przecież on w gruncie rzeczy był dla niej jak te feralne krasnalki. Był
tchnieniem przeszłości, którą czasem sentymentalnie szło sobie trochę podkarmić.
- Wiesz co Wellinger? Szybkie pytanko.
- Tak Lizzie?
- Ile lat ma w zasadzie ten wasz
nieszczęsny Pius Paschke?
Po raz kolejny jakby na zawołanie
parsknęli śmiechem. Bo przecież nie wszystko musiało posiadać ukryty sens. Przecież baśniowa dziewczynka z
zapałkami nie potrzebowała kominka. Ani nawet ogniska.
Żyła tak długo, jak długo trzymała w
dłoni owe feralne, tytułowe zapałki.
No dobrze, bo zbieram się do tego komentarza i zbieram, jakbym co najmniej wierzyła, że z czasem rozumu mi przybędzie i dam radę napisać coś mądrzejszego. Niestety czas działa na niekorzyść zarówno dla mojego rozumku jak i nadziei na natchnienie Cię, abyś dokończyła ten nowy rozdział (a później następny i następny! Bo wiesz, jak mi się wspomina o kryminale i to spod łapek tak wybitnej pisarki, to nie ma co liczyć na to, że ja tak łatwo się poddam. Choćbym miała żebrać i półnagie - TYLKO PÓŁ! - Krówcie wysyłać dla odpowiedniego nawenienia tak mniej więcej co pół roku, to i tak to zrobię).
OdpowiedzUsuńA ja bardzo chcę tego nowego rozdziału! Tak bardzo, bardzo! Chociaż trochę mnie przeraziłaś dziś tym stwierdzeniem, że już w 2014 wywróżyłaś rzucenie medycyny oraz kontuzję Krówci. Biorąc pod uwagę, że tam jest scena z 2021, więc pewnie akcja dzieje się jakoś na przestrzeni tych lat 2019-2021, to aż strach, co tam jeszcze wymyśliłaś i co może się spełnić :P
W sumie jakoś nie docierało do mnie, że wymyśliłaś tę historię w 2014, bo ta Lisa, którą nam tu zaserwowałaś właśnie w zeszłym roku tak nieziemsko mi się skojarzy z Tobą, z tym wszystkim przez co przeszłaś w ostatnich latach. Chyba dlatego tak bardzo chcę teraz tej nowej części, żeby zobaczyć jak ta NOWA TY pisze dalej tę postać. Powiedziałabym, że lisa jest na początku jakiejś przemiany, że podobnie jak Krówcia robi właśnie jakiś pierwszy kroczek na nowej drodze. No tylko mam w pamięci tę scenę z 2021 i ehhhhh, nie będzie happy endu. A skoro jeszcze ma w tym wszystkim być wątek kryminalny... jestem bardzo ciekawa czy już nam go gdzieś zarysowałaś, czy to wszystko przed nami. Bo wydaje mi się, że tym razem nie będzie on u Krówci. Krówcia już swoje nabroiła i nacierpiała. Wszystko mi zatem mówi, że będzie to u Lisy i że może chodzić o coś z przeszłości. W końcu w tej scenie z 2021 jest mowa o.... wroć, bo sobie przeczytałam raz jeszcze tę scenę i tak, tam jest dobitnie powiedziane, że to coś złego, co ich spotka - i o rajuśku, tam jest wspomniane, że całą rodzinę. Czy Ryszard nie oberwał już dość po dupie??? - to za jej sprawą. Chociaż tak w sumie najbardziej obwinia się o to, że... pozwoliła mu uwierzyć, że razem będą szczęśliwi/uda im się. Dobra, to zdecydowanie nie pora na tropienie spisków, bo tak naprawdę ta historia się dopiero zaczyna (więc nie ma, że nie będziesz jej kontynuować, bo wiesz jak ja lubie tropić spiski i rozwiązywać intrygi. Niemal równie mocno jak jechac po Murańce albo zachwycać się Krafciem).
No dobrze, chyba muszę odpuścić tropienie jakie Ty tu masz zamiary, komu planujesz jak mocno dowalić i skupić się na teraźniejszości.
A w teraźniejszości mamy takie pierwsze kroczki Lisy i Andreasa. On po spadnięciu na samo dno - rany, jak się tak przyjrzeć to naprawdę poszybował ostro w dół. Po śmierci tych ludzi z auta, za którą totalnie nie był odpowiedzialny, bo przecież on wręcz chciał być odpowiedzialny, wezwać im taksówki, a jednak takie coś chyba musi wstrząsnąć. W dodatku kimś, kto nie pierwszy raz ma do czynienia ze śmiercią. I kto w pewien sposób uważa się za takiego, co te nieszczęścia na ludzi ściąga. Także to musiał być już taki pierwszy wielki bodziec, wielki paluch Wanka, który go dziabnął pod żebra i nakazał się choć odrobinę ogarnąć. Drugim jak wiadomo był pożar w Paryżu. Coś totalnie symbolicznego, co podziałało jak jeszcze większy kop od Wanka. Myślę że poskutkowało, nie wiemy jeszcze na jak długo i jak skutecznie, ale w tym rozdziale widać już nieco innego Wellingę. Wellingę, który wręcz wyciąga pomocną dłoń do Lisy. Który przez to, w jakim bagnie sam się znalazł, potrafi dostrzec, że z Freitagówną dzieje się coś złego. Że ona też siedzi w jakimś bagienku i nie potrafi się z niego wydostać. Tylko że po Krówci to wszystko było widać, on się nie krył z tym, że życie mu się rozpierniczyło i totalnie nie umie - albo też wcale nie chce - sobie z tym poradzić. Natomiast z Lisą jest zupełnie odwrotnie.
W sumie na chwilę obecną wygląda na to, że tym jej bagienkiem jest właśnie to, że żyje na pokaz. Narzuciła sobie presję, aby wszystko wyglądało idealnie. Właśnie nie chodzi nawet o to, żeby było idealnie, ale żeby wszyscy wokoło sądzili, że tak jest. Niezależnie od tego, co złego zalewa jej duszę, serce i głowę. Nieważne, że czasem po prostu chce się wyć z miliona różnych powodów, ale nie wolno, bo idealne kobiety sukcesu zawsze się uśmiechają. Ta presja "bycia' chodzącym ideałem ewidentnie zżera ją od środka i sprawia, że te wszystkie sukcesy zamiast sprawiać przyjemność po prostu męczą. Bo sukces przestaje być jakaś taką wisienką na torcie, którą człowiek z radością zje, kiedy uda mu się opchnąć cały ten tort (wyjątkowo marne porównanie w kontekście zarówno Lisy jak i Ciebie :P) tylko czymś, co po prostu musi zostać spełnione. Musi i koniec, bo idealne kobiety sukcesu nie opychają się tortami, tylko przeżuwają ogonek od wisienki.
UsuńWidać że ona zaczęła się w tym dusić, że coraz bardziej dostrzega, jak to idealne życie jest coraz mniej dla niej, a coraz bardziej tylko na pokaz. Jak to wszystko zalewa jej duszę i umysł. To duży plus, bardzo duży plus, bo to daje nadzieję, że jest dla niej szansa na wyrwanie się z tego. Na to że przyjdzie taki totalnie nieidealny Krowiak (pomijając wygląd i bycie Mistrzem Olimpijskim, bo to akurat perfekcyjnie wpisuje się w ten jej idealny obrazek, no ale my wiemy, że jemu jednak bardzo daleko do ideału) i spróbuje całkowicie zburzyć ten jej perfekcyjny wizerunek kobiety sukcesu. A ze to jest taki trochę Krowiak w składzie porcelany, który lubi burzyć i podpalać niektóre rzeczy, to nie da się ukryć, że nada się do tej roli wręcz idealnie.
Tylko ja tam z tyłu głowy cały czas mam ten wątek kryminalny, to coś więcej! Dlatego mocno się zastanawiam, czy za tym wszystkim, co dzieje się z Lisą nie stoi coś więcej. Czy coś się w jej życiu nie wydarzyło, coś co sprawiło, że zapędziła się w te swoje demony. Gdzieś tam w jednym miejscu, jest takie zdanie: A stojąc nad patelnią i posypując farsz do spaghetti solą... Mogła przypomnieć sobie o tym, o czym nie wolno było jej pamiętać.
I to mi nie daje spokoju, bo wydaje mi się, że jednak mogło się w jej życiu wydarzyć coś, co odcisnęło na niej aż takie piętno. Coś, za co w pewien sposób karze teraz siebie, narzucając na siebie konieczność bycia idealną.
Ciekawa ta mała Freitagówna, oj ciekawa. Zupełnie nie potrafię jej rozgryźć, ale chyba ją lubię (chociaż w rzeczywistości to nie wiem jakby to było, wszak to taki zGred w spódnicy :P ale Ciebie lubię a Ty też taki zGred w spódnicy :P no ale mówiłam, że tak mi się mocno z Lisą utożsamiasz. Mimo że nie znam Twojej historii a i tej Lisy jak na razie tylko malusi kawalątek. Jednak myślę, że dałaś jej dużą część swojego serca. Nawet jeśli w tym 2014, kiedy ją wymyślałaś, wszystko wyglądało zupełnie inaczej).
Podoba mi się relacja Lisy z Ryszardem. W ogóle bardzo mi się podoba tutaj Ryszard, a te scena, kiedy opowiada o tęsknocie za Verą jest po prostu wspaniała. Zgadam się z nim, zgadzam się z nim całą sobą. Tęsknota nie wybija od święta, a co najwyżej tylko dlatego, że inni właśnie częściej wtedy o kimś wspominają, pytają. Jakby w inne dni jej nie było, jakby gapiąc się rano na jajko na patelni, nie mogło się nagle przypomnieć coś szczególnego i rozbudzić tej tęsknoty dokładnie tak samo jak pożar Katedry. To nie tak, że w inne dni tęsknota się wyłacza. Ona jest i faluje sobie niezależnie od większości rzeczy.
No ale wróćmy do samej relacji Ryska i Lisy. Zna ją, z czego ona doskonale zdaje sobie sprawę. Wie że, gdyby tylko odrobinkę się zapomniała, przejrzałby ją w mgnieniu oka. A jednak to nie on, a Krowiak ją przejrzał. Ryszard raczej coś czuł, może gdzieś mu tam coś grało, że z siostrą nie wszystko jest tak idealnie, jak ona próbuje pozować. Tylko że to Krówciak potrafił prosto z mostu wypalić, że ona nie jest szczęśliwa.
UsuńW ogóle Krówcia w tej scenie z Lisą jest taka... dorosła. Naprawdę widać, że przede wszystkim próbuje rozgryźć i pomóc jakoś Freitagównie. Nie jest tym gościem, jak to powiedział Freitag, którego trzeba wspierać ale dyskretnie, lub który papla jedynie dla paplania. Bo on papla cholernie z sensem. Podoba mi się taka Krówcia.
A gdzieś tam w tle jeszcze Wanki i Melcia, dla rozładowania sytuacji. Brzydkie literki i te sprawy. Naprawdę są uroczy. Plus nabijanie się z biednego Pijusa.
Naprawdę chciałabym poznać ciąg dalszy tej historii. Poznać lepiej Lisę, bo naprawdę mnie ciekawi i pozachwycać się tym męskim wydaniem Wellingi. A przy okazji pośmiać się z Wankiego i może Ryśka, chociaż Rysiek mnie też bardziej rozczula niż bawi, ale jak wiadomo on jest nieprzewidywalny. Dlatego mam nadzieję, że choć odrobinę Cię natchnęłam tym - raczej kiepskiej jakości - komentarzem i dasz radę skończyć ten nowy rozdział do soboty (a później będę marudzić o kolejne :D)
A na koniec jeszcze przypomnę, że kocham też te Twoje życiowe i filozoficzne wstawki. Te które tyczą się nie tylko bohaterów, choć niewątpliwie się do nich odnoszą, ale tak naprawdę tyczą się życia. Czegoś co może spotkać każdego z nas albo naszych bliskich. Cos co może otworzyć człowiekowi oczy, że nie każde idealne z pozoru życie w rzeczywistości jej idealne. Może być wręcz przeciwnie i taki człowiek może po prostu wołać o pomóc, bez której nie da rady. Po prostu się rozsypie.
Proszę dokończ ten nowy rozdział, a później siadaj do kolejnych, bo przypominając sobie tę historię przed pisaniem tego zlepku przemyśleń (powinnam napisać milion, milion razy więcej) przypomniałam sobie, jak uwielbiam Cię czytać.
No dobrze, kończę, ale mam nadzieję, że niedługo będę mogła tu wrócić i napisać cos, za co nieco mniej będzie mi wstyd.